środa, 29 kwietnia 2020

Mroki wysp pełnych słońca


Chwilowo pozostaję - jako czytelnik - w kręgu kultury polinezyjskiej. Kontynuuję swoją baśniową podróż przez wyspy, wody i... podziemia Pacyfiku z bardzo niezwykłą książką w ręku. Udało mi się ją niedawno nabyć w jednym z antykwariatów. A że książki - przynajmniej te prawdziwe, papierowe - "nie mają wzięcia" (nad czym boleję), to bardzo ciekawe książki udaje się kupić za tzw. "psie pieniądze" (nad czym zdecydowanie nie boleję). No i taka właśnie okazja się trafiła za 2 zł 70 gr (coś tak mniej więcej).

Do tej książki przyciągnął mnie tytuł i... pięknie koszmarna okładka! ;) Nazwisko autora początkowo nic mi nie mówiło, chociaż wkrótce udało mi się je skojarzyć ze zbiorem baśni malajskich pt. "Skamieniały statek". Okładka z pewnością wywołuje dreszcze. A jeśli do tego to Polinezja, to rzecz jasna nie mogłem tego tak zostawić... ;) 

Pierwsze wrażenie po rozpoczęciu lektury było nie mniej porażające niż to po spojrzeniu na okładkę. Odruchowo zacząłem pomstować: co za idiota redagował tą książkę! Przyczyną irytacji był zupełny brak wyodrębnienia dialogów, przez co zlewają się one z treścią i (początkowo) bardzo źle się to czyta. Ale pomyślałem sobie: ech, pomęczę się, może dam radę. Strona po stronie... Szło to coraz łatwiej i zacząłem nawet zauważać, że "w tym szaleństwie jest metoda" i że to nie brakoróbstwo wydawcy. Nieco później odkryłem: autor był ale porypany!  Jeszcze trochę czasu zajęło mi dojście do: autor był genialnie porypany! ;) Za genialnie porypaną okładką kryje się genialnie porypana książka napisana przez genialnie porypanego autora! No i... wszystko pasuje! A jeśli zacząłem tą książkę wkrótce rozumieć, to może znaczyć, że jestem... porypanym czytelnikiem! ;)


"Córka długozębych" zdecydowanie nie jest książką łatwą - trudno jest bowiem oswoić się z tak nietypowym stylem i jest więcej, niż pewne, że wielu może tego nie wytrzymać. Trochę tak, jak nie każdy zrozumie i zachwyci się obrazami Picassa. Forma zapisu w tym wypadku jest istotnym elementem tej książki jako dzieła sztuki. Zrozumienie tego zajęło mi jakieś... sto stron "z okładem". Możliwe jest zresztą, że autor naśladował w tym względzie po prostu tradycyjną sztukę opowiadacką mieszkańców Polinezji.

Sam autor był człowiekiem niezwykłym. Znał ponad... Taaadaaaam! ...30 języków, w tym języki polinezyjskie. Był też znawcą i badaczem kultury - tworzył w oparciu o dogłębne poznanie "korzenia", na którym te opowieści, które przekazywał, wyrosły. Nie był tylko ich tłumaczem - lecz twórcą, który na solidnych podstawach tworzył historie autorskie. Na kartach książki ukazał świat tyleż fascynujący, co i przerażający - istoty ludzkie i nieludzkie, które pociągają i odrażają. Każda część książki to strachy i piękno splecione ze sobą w jakimś mistycznym uścisku. Świat, który można znienawidzić lub pokochać. A całości jego dopełniają niesamowite ilustracje autorstwa Jerzego Skarżyńskiego









To była naprawdę niezwykła podróż przez wyspy i pośród ich mieszkańców odmalowane zupełnie inaczej, niż w przewodnikach, książkach różnych włóczykijów i cukierkowatych opisach z artykułów promocyjnych i prospektach turystycznych. Każda opowieść to kolejna przygoda, kolejny kawałek - niekiedy krwawy - "rajskich wysp" Mórz Południowych. To także wiele wiedzy o mitologii, wierzeniach i zwyczajach - a także o ludziach, ziemi i morzu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz