piątek, 22 maja 2020


W moim domu rodzinnym zawsze było wiele książek. Może nie była to tak ogromna biblioteka, jaką mogą się niektórzy miłośnicy pochwalić, ale jednak książek zawsze było mnóstwo. I nigdy nie były one dekoracją pokoju! Bardzo często widywałem moją Mamę i mojego Tatę czytających książki. także i mnie często czytano. Cóż więc dziwnego, że gdy tylko się tego nauczyłem tej sztuki, sam zacząłem pochłaniać książki? Bywało i tak, że jedna - i to wcale nie cienka! - książka starczała mi na... 24 godziny!

Bardzo szybko moim ulubionym autorem stał się Zbigniew Nienacki. Jego Pan Samochodzik stał się na wiele lat ważną częścią mojego życia - właściwie kimś jakby "guru". To w sumie żadna niespodzianka, bowiem uwielbiała go w tamtych (jakże pięknych!) czasach masa chłopców i dziewcząt. Wraz z Panem Samochodzikiem przeżywałem głęboko jego niesamowite przygody i - to też nic nadzwyczajnego - marzyłem, by w nich samemu uczestniczyć. Nieraz "puszczałem wodze fantazji" i rysowałem jego niezwykły wehikuł - arcydzieło wuja Gromiłły - i wyobrażałem sobie najbardziej szalone wyprawy. To z Panem Samochodzikiem wkraczałem w świat niesamowitych opowieści i wspaniałej historii naszego - i nie tylko naszego - kraju. Nienacki za pośrednictwem swego, Pana Samochodzika, rozbudzał we mnie zainteresowanie przeszłością, zabytkami, sztuką, a także pasje do podróży i przygód. Te książki w znacznym stopniu "zaprogramowały mnie" na całe życie.

Chociaż minęło już tak wiele lat... Chociaż ja nie tylko dorosłem, ale nawet zacząłem trochę siwieć... Nawet chociaż z upływem czasu zacząłem dostrzegać pewną naiwność w tych opowiastkach... Prawda jest taka, że nigdy tak do końca z nich nie wyrosłem. "Stara miłość..." i tak dalej. ;) Czasem zdarza mi się do nich wrócić. I wciąż znajduję w tym ogromną przyjemność. I wciąż przeżywam je na nowo - nawet jeśli ich treść znam na pamięć, bo czytałem ja nawet po kilkanaście czy kilkadziesiąt razy.

Jedną z największych przyjemności, jakie miałem w moim życiu "czytacza", było spotkanie z Nienackim. Był to rok bodaj 1993 i "Dzień Książki" w Poznaniu. Nie widząc go nigdy wcześniej ani na żywo, ani nawet na żadnym zdjęciu (!) stanąłem przed nim i osłupiałem, gdyż dokładnie tak - w absolutnie każdym szczególe! - wyobrażałem sobie... Pana Samochodzika. Stopniowo zacząłem odkrywać, że w gruncie rzeczy w tych książkach opisywał... siebie. Świadomie czy nieświadomie? Moim zdaniem świadomie. Myślę, że Pan Samochodzik był w gruncie rzeczy książkowym "alter ego" autora, który swego bohatera "nasączył" obficie cząstkami siebie samego i własnych pasji.

Tak, jestem "Nienackofanem" i wcale się tego nie wstydzę! Wiele bowiem temu autorowi i jego książkom zawdzięczam. Jestem przy tym mocno ortodoksyjny. Co mam na myśli? Nie splamiłem swoich rąk żadną podróbką "Pana Samochodzika", która wyszła spod innego pióra. Niestety, po śmierci Nienackiego stworzono tego multum. Między innymi własnie dlatego, że bohater tych opowieści niejako "zlał mi się w jedno" z ich autorem. Nienacki nie tylko pisał po mistrzowsku dla młodych ludzi, ale też Pan Samochodzik był taki jego bardzo osobisty, że wszelkie powielanie go przez innych autorów było (i jest nadal) dla mnie czymś wręcz obrzydliwym. Nie wiem na ile te "pierdyliony" kolejnych tomów serii są dobre czy też złe - nie dotykam tego i już! ;)



poniedziałek, 18 maja 2020

Znalezisko


Te książki znalazłem wczoraj... wynosząc śmieci, a raczej surowce wtórne (segregacja). Leżały w kartonie, w kontenerze śmietnikowym. Wszystkie w dobrym i znakomitym stanie! Coś się we mnie zaczęło mocno burzyć. Miałem ochotę wykrzyczeć: "Ludzie! Co z wami!? No serio!?" Trudno mi sobie wyobrazić, jak można wyrzucić książki! Przyjaciel napisał: "Ktoś radykalnie rozstał się z dzieciństwem... wrzucając je do kosza." Bolesne. :(

Oczywiście, że czasem robi się "czystkę" na półkach. U mnie też niektóre książki opuszczają półki - z wielkim trudem to robię i wahaniem. Kocham bowiem książki i moje przepełnione półki biblioteczne. Jednak czasem trzeba - choćby po to, by zrobić trochę miejsca na coś nowego. Ale... Nie potrafiłbym wyrzucić książek. Z bólem wyrzucam do makulatury te, które się naprawdę do niczego już nie nadają. Książki można:
a) podarować bibliotece, szkole czy przedszkolu;
b) wyłożyć na korytarzu w bloku z informacją: "do wzięcia";
c) zanieść do szafki czytelniczej do wymiany książek...
Odnośnie "c" - w moim mieście funkcjonują takie w dwóch miejscach i sam z nich korzystam, zdobywając  tam prawdziwe skarby! Głupotą i brakiem kultury jest wyrzucanie książek! :(

Te - oczywiście - zostały przeze mnie ocalone! :) Wśród nich jest książeczka, która mnie bardzo ucieszyła, bo swój egzemplarz posiałem gdzieś i nie wiadomo gdzie lata temu. To "Legendy pałuckie" Feliksa Malinowskiego. Ucieszyły mnie baśnie Andersena z ilustracjami Szancera (!) i wiersze Tuwima. Na pewno ze mną zostaną! Zaś elementarz "Litery" autorstwa Ewy i Feliksa Przyłubskich to szczególnie cenne znalezisko. Jest bardzo poszukiwany, a za jego dobrze zachowane egzemplarze trzeba zapłacić nawet ponad... 300 złotych! 

Niewielkie wielkie skarby

Zaliczam się do ludzi o szerokich zainteresowaniach. Jestem zakochany w opowieściach. Jestem też zakochany w ziemi i ludziach. Z przyczyn oczywistych najbliższy jest mi mój region - Gniezno i okolice. Bardzo lubię wyprawy w teren, rozkoszowanie się pięknem i historią tej mojej "Małej Ojczyzny". Bardzo lubię też czytać, zagłębiać się w niej poprzez słowa o niej napisane. Niekiedy więc szperam tu i ówdzie za jakimiś ciekawymi publikacjami. Nie przerażają mnie wieluset stronicowe księgi napisane przez wielkich znawców, ale nie gardzę też drobnymi, broszurowymi pozycjami napisanymi przez ludzi o wiedzy nie tak wielkiej, ale o wielkim sercu rozmiłowanym w regionie. Tacy właśnie "nieznaczący" potrafią wyłapać ciekawe wątki, które umykają tym wielkim. 

Tak właśnie pewnego dnia natrafiłem na tą oto - skromną, niespełna 48-stronicową - książeczkę. Akurat nie szukałem wcale literatury, lecz map, ilustracji i informacji o jeziorach Powidzkim i Niedzięgiel, którymi to okolicami żywo się interesujemy jako Grupa Bajarzy "WędrujeMY". Cena nie była wprawdzie "okazyjna", ale miałem przeczucie, że warto. I... sprawdziło się.

Autor - zdjęcie z książki
Autor to człowiek "tutejszy", żyjący - mam nadzieję, że wciąż ;) - nad jez. Niedzięgiel i prowadzący agroturystykę. Odnoszę wrażenie, że książeczkę wydał głównie dla swoich gości i by zachęcić do przyjazdu. Zawarł w niej podstawowe informacje geograficzne, przyrodnicze i historyczne. Te przeczytałem z umiarkowanym, lecz życzliwym, zainteresowaniem. Ale... znalazły się tam także miejscowe bajania, określone hasłem "dziedzictwo kulturowe wsi" - więc  historie opowiadane z pokolenia na pokolenie przez dziesiątki lub nawet setki lat! I tu, rzecz oczywista, zaczęło być dla mnie wprost... bajecznie! ;) No bo jak? ;)

Nie ma tych opowieści wiele - ledwie pięć, zawartych na kilkunastu stronach. W tym jedna zdająca się być w ogromnej części wymysłem autora (chociaż zapewne oparta na tradycyjnych przekazach), a reszta o mocnym charakterze starych, ludowych i niesamowitych opowieści. Prawdziwe, lokalne bajania, których nie spotkałem w żadnych publikacjach poświęconych wielkopolskim legendom i baśniom! Czy już rozumiecie zachwyt, w jaki popadłem? Zupełnie nie przeszkadzało mi, że zapisane zostały prostym językiem - tak, na ile stać było autora.

Szczególnie przypadły mi do gustu dwie spośród tych opowieści. Pierwsza to baśń o dzielnym rybaku Niedzięgielu, od którego wzięło swe imię jezioro. To ciekawa historia, mocno zakorzeniona w czasach pogańskich - najpewniej opowiadana w tych okolicach od setek lat. Wydają się w niej pobrzmiewać echa prawdziwych lokalnych wierzeń sprzed tysiąca lat. Mamy w niej ciekawego bohatera, który po śmierci pomaga mieszkańcom swej osady w rybaczeniu, w walce o przetrwanie. I spodobała mi się też opowieść zupełnie inna, pogodna - o zabawnym diable Metlywku.

Obie te postacie urzekły mnie tak bardzo, że zabrałem się do pracy nad własnymi wersjami obu tych opowieści. Zapis ten stał się dla mnie jakby "gliną", z której zacząłem lepić opowieści - przekształcając i dodając wiele od siebie. W "Niedzięgielu" starałem się mocno ożywić osadę rybaków i ich postacie. Pozwoliłem sobie też na poważny eksperyment na głównym bohaterze - pokazując jak człowiek mógł się stać jakby pół-bogiem, otaczanym kultem. O tym jednak przy innej okazji. A Metlywka zamieniłem z "szykownego diabła" w zabawnego, niesfornego i w gruncie rzeczy bardzo sympatycznego diablika. Tak więc powstały w dużej części nowe, autorskie opowieści, stworzone na bazie owego lokalnego dziedzictwa kulturowego.

Takie niewielkie publikacje potrafią być naprawdę wielkimi skarbami. I jestem autorowi tej książeczki bardzo wdzięczny za wykonaną przez niego pracę - i oczywiście nie mam zamiaru zbierać sam całej chwały za te bajania, o ile na taką zasłużę własną pracą.