czwartek, 30 kwietnia 2020

"Softly and tenderly..."


Ta pieśń "prześladuje mnie" dzisiaj od samego rana! Ale muszę przyznać, że jest to... cudowne "prześladowanie"! Od co najmniej 20 lat jestem zakochany w muzyce gospel i hymnach chrześcijańskich. Wcześniej jeszcze zakochany byłem w muzyce country - a jedną z jej gwiazd jest Alan Jackson, który świetnie wykonuje ten XIX- wieczny hymn.

środa, 29 kwietnia 2020

Mroki wysp pełnych słońca


Chwilowo pozostaję - jako czytelnik - w kręgu kultury polinezyjskiej. Kontynuuję swoją baśniową podróż przez wyspy, wody i... podziemia Pacyfiku z bardzo niezwykłą książką w ręku. Udało mi się ją niedawno nabyć w jednym z antykwariatów. A że książki - przynajmniej te prawdziwe, papierowe - "nie mają wzięcia" (nad czym boleję), to bardzo ciekawe książki udaje się kupić za tzw. "psie pieniądze" (nad czym zdecydowanie nie boleję). No i taka właśnie okazja się trafiła za 2 zł 70 gr (coś tak mniej więcej).

Do tej książki przyciągnął mnie tytuł i... pięknie koszmarna okładka! ;) Nazwisko autora początkowo nic mi nie mówiło, chociaż wkrótce udało mi się je skojarzyć ze zbiorem baśni malajskich pt. "Skamieniały statek". Okładka z pewnością wywołuje dreszcze. A jeśli do tego to Polinezja, to rzecz jasna nie mogłem tego tak zostawić... ;) 

Pierwsze wrażenie po rozpoczęciu lektury było nie mniej porażające niż to po spojrzeniu na okładkę. Odruchowo zacząłem pomstować: co za idiota redagował tą książkę! Przyczyną irytacji był zupełny brak wyodrębnienia dialogów, przez co zlewają się one z treścią i (początkowo) bardzo źle się to czyta. Ale pomyślałem sobie: ech, pomęczę się, może dam radę. Strona po stronie... Szło to coraz łatwiej i zacząłem nawet zauważać, że "w tym szaleństwie jest metoda" i że to nie brakoróbstwo wydawcy. Nieco później odkryłem: autor był ale porypany!  Jeszcze trochę czasu zajęło mi dojście do: autor był genialnie porypany! ;) Za genialnie porypaną okładką kryje się genialnie porypana książka napisana przez genialnie porypanego autora! No i... wszystko pasuje! A jeśli zacząłem tą książkę wkrótce rozumieć, to może znaczyć, że jestem... porypanym czytelnikiem! ;)


"Córka długozębych" zdecydowanie nie jest książką łatwą - trudno jest bowiem oswoić się z tak nietypowym stylem i jest więcej, niż pewne, że wielu może tego nie wytrzymać. Trochę tak, jak nie każdy zrozumie i zachwyci się obrazami Picassa. Forma zapisu w tym wypadku jest istotnym elementem tej książki jako dzieła sztuki. Zrozumienie tego zajęło mi jakieś... sto stron "z okładem". Możliwe jest zresztą, że autor naśladował w tym względzie po prostu tradycyjną sztukę opowiadacką mieszkańców Polinezji.

Sam autor był człowiekiem niezwykłym. Znał ponad... Taaadaaaam! ...30 języków, w tym języki polinezyjskie. Był też znawcą i badaczem kultury - tworzył w oparciu o dogłębne poznanie "korzenia", na którym te opowieści, które przekazywał, wyrosły. Nie był tylko ich tłumaczem - lecz twórcą, który na solidnych podstawach tworzył historie autorskie. Na kartach książki ukazał świat tyleż fascynujący, co i przerażający - istoty ludzkie i nieludzkie, które pociągają i odrażają. Każda część książki to strachy i piękno splecione ze sobą w jakimś mistycznym uścisku. Świat, który można znienawidzić lub pokochać. A całości jego dopełniają niesamowite ilustracje autorstwa Jerzego Skarżyńskiego









To była naprawdę niezwykła podróż przez wyspy i pośród ich mieszkańców odmalowane zupełnie inaczej, niż w przewodnikach, książkach różnych włóczykijów i cukierkowatych opisach z artykułów promocyjnych i prospektach turystycznych. Każda opowieść to kolejna przygoda, kolejny kawałek - niekiedy krwawy - "rajskich wysp" Mórz Południowych. To także wiele wiedzy o mitologii, wierzeniach i zwyczajach - a także o ludziach, ziemi i morzu.

Prostota

Wraz z przyjaciółmi zajmujemy się m.in. teatrem ilustracji. Forma ta wywodzi się z dalekiej Japonii, gdzie zwana jest "kamishibai", co znaczy "papierowy teatr", "papierowa sztuka. Jej tradycje sięgają co najmniej 800 lat wstecz. Wówczas to w buddyjskich klasztorach w Japonii niepiśmiennym słuchaczom przekazywano nauki za pomocą opowieści ilustrowanych rysunkami umieszczonymi na obracających się rolkach papieru. Obecnie teatrzyk ma inną formę - to seria zazwyczaj kilkunastu plansz z ilustracjami, umieszczonych w niezbyt wielkiej, drewnianej skrzyneczce, która przypomina scenę teatralną.

W ubiegłym roku wybrałem się - jako osoba towarzysząca z zaprzyjaźnionymi pracownicami gnieźnieńskiej filii Publicznej Biblioteki Pedagogicznej w Poznaniu - na "Noc Kupały" w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Nasze panie prezentowały tam kilka opowieści w formie teatru ilustracji. Pojawiła się na widowni na oko 10 letnia dziewczynka. Tak jej się spodobało, że została na kolejnej baśni. W sumie przywykliśmy już do tego, że kamishibai doskonale się sprawdza w relacjach z dziećmi, w różnych formach zajęć... Okazuje się, że w epoce telewizji i internetu - ogromnej dynamiki przekazu współczesnych mediów - zwykły, statyczny obraz i żywe słowo wciąż mają moc przyciągania, mogą być konkurencyjne i być odtrutką na to multimedialne szaleństwo XXI wieku.

Ale dziewczynka ta nie tylko przesłuchiwała się historiom - a w końcu jedna została opowiedziana specjalnie dla niej. Zainteresowała się też, jak się taki teatrzyk robi. Pytała m.in. gdzie można kupić skrzynkę do teatrzyku (taką  skrzynkę - scenę nazywa się po japońsku "butai"). Oczywiście można taką scenę do obrazków zamówić, ale to oznacza koszty. Ale można też wykonać ją z pomocą rodzinnych "złotych rączek" lub... samemu. Już długo przed tym spotkaniem chodziło mi po głowie, że właściwie możliwa jest zupełna prostota i można teatrzyk zrobić np. z kartonu.

Jakiś czas temu zafascynował mnie wpis na pewnym blogu, gdzie zobaczyłem wspaniały kartonowy... telewizor!

https://puppetryodysseylondon.blogspot.com/

Chociaż kamishibai jest ze swej natury czymś zupełnie odmiennym - statycznym obrazem i żywym słowem, tradycją, podczas gdy telewizja jest ruchomym i dynamicznie zmieniającym się obrazem, nagraniem i nowoczesnością - koncepcja ta mnie doprawdy urzekła! Koncepcja ta nieco różni się też od kamishibai, ale... Zacząłem się zastanawiać, czy twórca (bądź twórcy) zetknęli się z teatrem ilustracji, czy też nie, a tylko instynktownie poszedł podobną drogą. 

Najbardziej uderzył mnie pewien szczegół konstrukcyjny...

https://puppetryodysseylondon.blogspot.com/
Jak już wspomniałem, właśnie na rolkach papieru umieszczone były pierwotnie ilustracje do opowieści, które dały początek sztuce kamishibai! Chociaż obecnie forma jest inna - pojedynczych obrazków - to jednak ta prastara koncepcja przesuwających się zwojów papieru, dająca może większą płynnośc opowieści, wciąż bywa wykorzystywana. Forma taka była prezentowana m.in. podczas "I Kamishibajania w Gnieźnie" w roku 2018.

Muszę przyznać, że o ile wcześniej myślałem o wykonaniu zwykłego "butai" z kartonu, to zacząłem marzyć o... telewizorze! Takim telewizorze! Jeśli te marzenia uda się kiedyś urzeczywistnić, to jasne, że będzie to kopia czegoś, co ktoś już zrobił. Oczywiście wolałbym coś oryginalnego - ale nawet moja myśl o kartonie nie okazała się zbyt oryginalna. ;) Zresztą czy mogłem liczyć na to, że będę jakoś bardzo oryginalny sięgając po to, co najprostsze? Mogłem być pewien, że to już ktoś robił. W sumie zawsze jesteśmy skazani na powielanie. Skrzynka "butai" i koncepcja "kamishibai" też są przecież powielone. Tak naprawdę ważne jest, by idąc za kimś, wnosić swój element kreatywny - naśladować pomysły, ale wprowadzać w nie coś własnego.

Ale nie o tym chciałem napisać. Wróćmy więc do słowa: prostota! Chcę dzisiaj pokazać, że w gruncie rzeczy bardzo niewiele potrzeba, by tworzyć, by rodziła się sztuka. Potrzeba przede wszystkim odrobiny talentu (a każdy jakiś ma, chociaż sobie tego nieraz nieuświadamiamy lub nie wierzymy w siebie) i dużo dobrych chęci! Jeśli to mamy, całą resztę można zwykle stworzyć praktycznie z niczego - w dodatku przy okazji w sposób twórczy zagospodarowując "odpady"! A powinniście wiedzieć, że naszemu środowisku bliska jest koncepcja "zero waste".

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Bajarz się nie nudzi...

"Narodowa kwarantanna" radykalnie ograniczyła nam, niestety, życie kulturalne. Ani wystąpić, ani się spotkać, ani... Uderzyło w nas to bardzo mocno - jak we wszystkich, którzy współtworzą kulturę. Znam dramatyczne przypadki - ludzie nagle nie mają "co do garnka włożyć" a najbardziej przykre jest to, że nikt się o nich nie troszczy. Chociaż... znam też przypadek wspaniałego i zasłużonego dla kultury w Polsce artysty - takiego "wędrownego grajka", który tworzy bardzo wartościowe pieśni - któremu... ludzie zaczęli wpłacać pieniądze na konto, aby miał z czego żyć i utrzymać rodzinę. Gdy się o tym dowiedziałem, w serduchu zrobiło się ciepło, że jednak są wspaniali ludzie w tym kraju...

Czy się nudzimy podczas tej kwarantanny? Nie. Szkoda czasu na nudę! ;) Nie mamy wprawdzie naszych ulubionych zajęć z dzieciakami i występów, ale... mamy przecież wiele książek i wciąż wzbogacamy nasze księgozbiory. Jest więc jeszcze więcej czasu na nie. Tak więc czytamy baśnie i legendy wcześniej nam nieznane, szukamy materiału do rozwoju własnego repertuaru, wymyślamy nowe formy, itp. A ponieważ niejeden opowiadacz zaczął nagrywać filmiki z bajaniami, więc...


Myślę, że jest to całkiem fajna forma zagospodarowania nadmiaru wolnego czasu podczas kwarantanny. Jednocześnie służy dobru, bo dzielenie się opowieściami - zwłaszcza tymi, które, jak ta, mogą służyć czemuś więcej, niż tylko chwilowej rozrywce - jest zawsze świadczeniem dobra. Gdy taka opowieść skłoni do przemyśleń nad życiem, tego dobra może być bardzo wiele. Ale nawet jeśli nie skłoni, to i tak trochę tego dobra będzie - bo można przynajmniej chwilę komuś uprzyjemnić, zabawić, a to też ma swoją wartość. :)

Opowieść ta wywodzi się z Ukrainy. Natrafiłem na nią w cennym zbiorze "Українські народні казки, легенди, анекдоти" ("Ukraińskie ludowe bajki, legendy, anegdoty") wydanego pod redakcją prof. Pawła Nikołajewicza Popowa, literaturoznawcy i folklorysty ukraińskiego, członka - korespondenta Akademii Nauk Ukraińskiej SSR. Chociaż nie byłoby prawdą, gdybym twierdził, że władam językiem ukraińskim, to jednak na szczęście rozumiem go na tyle dobrze, by radzić sobie z czytaniem i prostymi tłumaczeniami. :) Kiedyś chętnie opowiem trochę o tej wspaniałej książce.

Już podczas pierwszego, pobieżnego przeglądania książki, zatrzymywałem się na poszczególnych stronach - najzupełniej losowo - czytając bądź to fragmenty, bądź też całe niezbyt długie opowieści. I tak los padł właśnie na tą. Czytałem, czytałem i moje oczy robiły się coraz większe, aż w końcu popłakałem się ze śmiechu. Humoreska okazała się wyśmienita, ale... Gdy już się naśmiałem, to przyszła też głęboka zaduma nad ukazaną w niej pełną pychy i pogardy wobec "gorszych" ludzi ze strony wielmożnego pana. Dotknęło mnie to bardzo mocno, gdyż kwestie wiary i etyki są w moim życiu bardzo istotne. Uważam też, że opowieści powinny nie tylko bawić, ale także kształtować nasz światopogląd, naszego ducha, nasze życie. Dobrze jest, gdy baśnie uczą sztuki życia, sztuki bycia człowiekiem... W tej krótkiej humoresce, która okazała się być jednocześnie przypowieścią, znalazłem cenne "ziarenko". Jej zabawność i jej mądrość sprawiły, że zapragnąłem ją opowiadać.

Po raz pierwszy zaprezentowałem ją w Poznaniu, podczas Festiwalu Sztuki Opowiadania "Słowo Dam." Było to bardzo spontaniczne - tak samo, jak bardzo spontaniczne było "bajarskie jam-session", w ramach którego wystąpiłem. Zrobiono je, ponieważ po występach zaproszonych gości pozostawało jeszcze sporo czasu... Gdy to ogłoszono, nasz Wielki Mistrz Bajarzy, Łukasz Bernady, jakby delikatnie mi sugerował prezentację - ale prawda jest taka, że ja już się nosiłem z tą myślą. Jak to wypadło? Można zobaczyć poniżej - tyle, że zapomniałem Mistrzowi powiedzieć, zlecając mu nagrywanie, gdzie aparat ma mikrofon. ;)

niedziela, 26 kwietnia 2020

Na tropie (zmyślonej) zbrodni

Chociaż moje zamiłowania kulturalne nie podlegają żadnym ograniczeniom i chłonę "cały świat", to jednak w sposób absolutnie naturalny najbliższe jest mi to wszystko, co wiąże się z Wielkopolską, a szczególnie z Gnieznem i okolicami. A pięknych legend i baśni nam nie brakuje! Są wśród nich tak znane, jak ta o Lechu, Czechu i Rusie, o Popielu (który wcale nie rezydował w Kruszwicy!) czy też o Piaście Oraczu (bo Piast wcale nie był kołodziejem!), ale nie brakuje także wielu innych, czasem bardzo ciekawych.

W ubiegłym roku sporo uwagi i wysiłków poświęciłem właśnie naszym regionalnym legendom i bajaniom. Jedną z takich mniej znanych legend jest opowieść o "Czerwonej Oberży", która rzekomo miała stać przy trakcie z Gniezna do Wągrowca, w okolicy wioski Waliszewo, która leży nad jez. Lednica. To jedna z młodszych legend Ziemi Gnieźnieńskiej, która może sobie liczyć zaledwie... sto lat lub niewiele więcej! Wzięła się stąd, że miejscowi, kopiąc piasek z Góry Waliszewskiej natrafiali na ludzkie kości, i "rozruszało im to fantazję", zaczęli się domyślać "bóg wie czego"... Tymczasem prawda okazała się znacznie bardziej prozaiczna. Otóż kopiąc piasek... rozkopano cmentarzysko. Później na tym terenie były prowadzone prace archeologiczne.

Tym niemniej "krwawa legenda" pozostała i jest wpisana w lokalny szlak legend i baśni a nawet upamiętniona pomnikiem karczmarza - zbrodniarza. To doprawdy nader rzadki przypadek - jeśli nie liczyć różnych bandyckich reżimów ;) - że zbrodniarzowi wystawia się pomnik. Nawet jeśli ten zbrodniarz był najzupełniej zmyślony.


Pamiętam opowieści o owej "czerwonej oberży" jeszcze z moich młodych lat. Wskazywano miejsce, w którym rzekomo miała ona stać. Słyszałem też wówczas, jakoby prace archeologiczne potwierdziły jej istnienie. Podawane z ust do ust opowieści na zasadzie "coś komuś dzwoniło, ale nie wiedział w jakim to kościele". ;) I tak pojawił się wątek jakiejś studni, do której jakoby ów karczmarz miał wrzucać swe ofiary, że niby archeolodzy tą studnię znaleźli a w niej liczne szkielety ludzkie...  

Co by nie mówić jednak, to zbójecka karczma to wprost znakomity materiał dla bajarza na bardzo mroczną opowieść. I tak w mojej głowie zaczęło coś tak pod koniec czerwca ub.r. pobrzmiewać cichutkie "tur, tur, tur" kupieckiego wózka. Zaczęła rodzić się opowieść... Ale nie chciałem, aby się urodziła ona przedwcześnie. Bowiem niekiedy takie narodziny powinny się odbyć nie tylko we właściwym czasie, ale także we właściwym miejscu. A czułem bardzo mocno w sercu, że tym miejscem jest właśnie Waliszewo.

Waliszewo od Gniezna dzieli ok. 14 kilometrów. I niewiele, i wiele zarazem, gdyż po upadku gnieźnieńskiego PKSu dość trudno jest się tam dostać, jeśli nie jest się "zmotoryzowanym". Bardzo lubię jednak autostop i tak własnie dotarłem do Waliszewa. Przywitałem się z karczmarzem "zaklętym" w metalu. Zasiadłem przy wielkim stole pod wiatą i zacząłem pisać: "Tur, tur, tur, tur - turkotały na gnieźnieńskim trakcie koła niewielkiego kupieckiego wozu. Zgrzyt, pisk, zgrzyt - od czasu do czasu dodawała od siebie oś..." 

W ten sposób na przydrożnym parkingu, w ciągu 2 lub 3 godzin, zrodziła się zasadnicza część opowieści. Czasem jest tak, że opowieść sama się snuje... Innymi słowy: baśń się sama baśni. ;) I wówczas zadaniem autora jest czuć i zapisywać. Później, podczas przeglądania tekstu, niewiele zmieniałem, bowiem czułem, że słowa dobrze oddają obraz, jaki miałem w wyobraźni już wcześniej, a który w tym miejscu przeszedł jakby przez "katalizator". No, może sama zbrodnia w mej wyobraźni była bardziej... zbrodnicza, brutalna - w opowieści nieco ją zamaskowałem. Fakt, że legenda zachowała się w formie szczątkowej - jako zaledwie kilku zdaniowa wzmianka - nie stanowił żadnego problemu, a wręcz przeciwnie: uwolnił w stopniu niesamowitym, bo w żaden sposób nie ograniczały mnie "stare przekazy", "balast" tradycji, której w jakiś sposób trzeba być jednak wiernym w przypadku lepiej zachowanych legend...

Napotkałem za to na inny, dość poważny problem. Otóż mogło by się zdawać, że miejsca związane z legendą, jeśli już jest ona przytaczana, są mniej lub bardziej dokładnie określone i oznaczone. Tymczasem w Waliszewie jest zupełnie inaczej! Nieco pracy wymagało ustalenie miejsca, gdzie miejscowa ludność wygrzebywała owe ludzkie kości i snuła swe przypuszczenia o zbrodniczym procederze... Trochę to trwało, nim ustaliłem, że żwir kopano na zboczach Góry Waliszewskiej. Pojawił się kolejny problem: góra ta nie została oznaczona na mapie, chociaż wskazywano ją jako znakomity punkt widokowy! Jedynie mniej więcej określono jej lokalizację. Trzeba więc było... szukać góry!

I to bardzo dosłownie jej szukać - w terenie, drepcząc ileś tam kilometrów. Bo jeśli już "iść tropem baśni", to iść naprawdę i do końca, bez kompromisów! Nasza grupa bajarzy nazywa się "WędrujeMY", a to zobowiązuje! Czasem nie starczy wędrować drogami fantazji przez świat baśni, lecz trzeba także wysiłku ciała. W końcu znalazłem górę, a nawet wdrapałem się na jej szczyt. :)



Nagrodą były nie tylko rozległe i piękne widoki (jez. Lednica jednak nie widać, chociaż jest bardzo blisko), ale też "domknięcie" opowiadanej historii. Miała ona swoją premierę kilka tygodni później w Centrum Aktywności Społecznej "Largo" w Gnieźnie, w ramach prezentacji dorobku naszej grupy bajarskiej. A oto i sama opowieść:

Baśniowa wyprawa w głąb Polinezji

Fot. Moses Gonzalez / Flickr (CC BY-NC 2.0)
Polinezja jest takim obszarem na tym świecie, który fascynował mnie od młodości... Zaczęło się to od książki Jacka Lilpopa "Po drugiej stronie nieba", w której autor opisał własną podróż, wraz z żoną, "na drugi koniec świata". Książka nie była może arcydziełem literacko - podróżniczym, ale jednak zadziałała w sposób cudowny! Potem były kolejne, jak np. "Polinezyjski pasat" Sverre Holmsena, "Raj na Tahiti" Arne Falk Ronne, "Dzień dobry Tahiti" Wojciecha Dworczyka... Lista by mogła się, rzecz jasna, jeszcze wydłużać! ;) 

W tym czasie wysoko na mojej ścianie pojawiło się też życiowe hasło, zapisane w języku polinezyjskim: "Tau te nu motu atea" - "Znajdź sobie wyspę szczęśliwą". Wówczas wierzyłem, że taką sobie mogę znaleźć... wśród wysp Polinezji. Marzyłem o tym, by móc tam pojechać i... chyba wciąż marzę. Z drugiej zaś strony mam w sobie z pewnością pewien "mit Polinezji" - jest dla mnie swego rodzaju "terra magica", gdzieś z pogranicza baśni i rzeczywistości. Konfrontacja zaś z "twardą rzeczywistością", po dotarciu do owego "wyśnionego raju", mogłaby być... rozczarowująca. Może więc lepiej nie docierać i pozostać przy wyprawach w samej tylko wyobraźni?

Polinezja to świat niesamowity nie tylko dlatego, że daleko, pośrodku niebieskiego oceanu i pod palmami... Jeśli tylko masz odpowiednią sumę na koncie, możesz zarezerwować pokój w hotelu i przelot i mieć "egzotykę". Nie stać mnie na to i wcale mnie nie interesuje luksusowy hotel i drinki pod palmą, bo to jest bardzo powierzchowne. Interesują mnie za to ludzie i kultura. Interesuje mnie dotknięcie społeczne i kulturowe. To jest bowiem prawdziwa egzotyka!

Wraz z przyjaciółmi zajmuję się bajarstwem. Gromadzimy niesamowite opowieści z całego świata i posyłamy je dalej, opowiadając je ludziom. To różne legendy, baśnie, bajki... To także mity. Mitologia to jakby "poważniejszy gatunek", bo "-logia" wskazuje na naukę. I wszyscy uczymy się w szkole czegoś o mitologiach - zazwyczaj w ograniczeniu do mitologii rzmskiej i greckiej, które leżą gdzieś u fundamentów naszej cywilizacji europejskiej. Zwykle u nas się na tym, niestety, kończy - resztę zaś pozostawia się już do indywidualnego odkrywania. Być może trudno by było zająć się mitologiami na skalę globalną... Nam, opowiadaczom jest z pewnością łatwiej, bowiem nie musimy mieścić się w żadnych ramach, w żadnym "programie nauczania" (który w szkołach jest zresztą mocno przeładowany!).

Jako pasjonat baśni i miłośnik książek często prowadzę poszukiwania czegoś fajnego z obszaru mnie fadcynującego. Ostatnie większe zakupy - w sumie ok. 10 kilogramów! - odbyły się w ramach samoobdarowania z okazji świąt Bożego Narodzenia. W tym pakiecie znalazła się zaś książka Henryki Romańskiej "Raireva - mity, legendy i podania polinezyjskie". Skoro fascynuje mnie Polinezja i fascynują mnie baśnie i legendy, to jest to oczywiście pozycja z rodzaju "must have"! ;)

Nazwisko autorki zupełnie nic mi nie mówiło, więc "brałem w ciemno". Potem zacząłem szukać innych pozycji i jak dotąd nic nie znalazłem, więc może to jedyna praca tej autorki? W każdym razie wydana została w roku 1972 przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze pod redakcją Aleksandra Posern-Zielińskiego - a to już wiele znaczy!

We wstępie prof. Posern-Zieliński napisał m.in.: "... stwierdzić należy, że w polskim piśmiennictwie nie znajdujemy zbyt wielu pozycji, które dotyczyłyby w całości tego regionu Pacyfiku, zaznajamiając czytelnika jednocześnie z jego ludnością, kulturą i historią. Brakuje również antologii polinezyjskich mitów, legend i podań, nie mówiąc już o potrzebie szerszych komentarzy i opracowań z tego zakresu. (...) Minione stulecie nie dostarczyło polskiemu czytelnikowi żadnego dzieła folklorystycznego czy rozprawy etnograficznej o Polinezji, godnego odnotowania. (...) Wiadomości na temat wierzeń polinezyjskich, składu lokalnych panteonów, organizacji kultu, pojęć 'mana' i 'tabu' zawarte były w kilku religioznawczych pracah naukowych, jakie ukazały się po 1945 r. Znajdujące się tam rozproszone informacje, streszczenia podstawowych koncepcji i wątków mitologicznych nie mogły dać całościowego obrazu życia religijnego i folkloru Polinezyjczyków."

Dalej zasłużony badacz przytacza przykłady stopniowego wzrostu zainteresowania i pojawiania się elementów twórczości ludowej, mitologii i baśni polinezyjskich w literaturze popularno-naukowej i popularnej. Zacny Profesor pisze dalej: "Polinezyjski folklor również w tej przetworzonej i stylizowanej postaci jakby na nowo ożywa i dociera do szerokich kręgów czytelniczych objawiając swe uniwersalne wartości, łamie bariery językowe, cywilizacyjne i rasowe; wchodzi w skład światowego dorobku kulturalnego. Stało się to możliwe dzięki temu, iż niektóre popularyzowane utwory tradycyjnej literatury polinezyjskiej są już dziś naszym wspólnym dziedzictwem kulturowym, na równi z takimi arcydziełami dawnej poezji epickiej, jak strofy Odysei, pieśni Kalavali i sagi Eddy."

Ufff! Przebrnęliście ze mną przez te mądrości? Nie mam wątpliwości, że rację ma ów wybitny badacz kultury, gdyż mity, legendy i podania polinezyjskie są naprawdę przepiękną czątską kulturowego dziedzictwa ludzkości w skali globalnej. Nie ustępują w niczym mitom greckim, rzymskim, indyjskim czy chińskim! Profesor miał nadzieję, że ta piękna cząstka zacznie się upowszechniać w Polsce, ale... no niestety...  Polinezja w tym względzie wciąż jest obszarem zaniedbanym, chociaż na to nie zasługuje. :(

Zakupiona przeze mnie książka okazała się zbiorem blisko 50 opowieści z ogromnego obszaru Pacyfiku - od Nowej Zelandii po Hawaje i Wyspę Wielkanocną. Jest to więc rozpiętość znacznie ponad 7000 kilometrów! Całość zawarto zaś na niespełna 200 stronach. W sposób oczywisty jest to więc ledwie niewielki kawałek całego bogactwa bajarskiego kultury polinezyjskiej! Jest to jakby "śmietanka", przegląd smakowitych opowieści, który pozwala "liznąć" to bogactwo, zapoznać się, zrobić pierwszy krok w próbie zrozumienia tego kawałka świata i zamieszkujących go ludzi... Autorka podzieliła je według regionów Polinezji, z których pochodzą, a każdą z części poprzedziła niezbędnym wprowadzeniem historyczno - kulturowym.

Są to opowieści bardzo różnorodne - o ludziach, bóstwach i duchach. Pokazują one bardzo dziwny świat, w którym ludzie mogą nawet zostać bogami, a bogowie okazują się... śmiertelni. Nie jest dla mnie niczym nowym koncepcja, że człowiek może zostać bogiem - sam to zastosowałem w jednej z moich autorskich baśni. Lecz koncepcja śmiertelnych bogów mnie zadziwiła - tak jakby Polinezyjczycy trochę tych bogów sobie... uczłowieczyli. W niektórych opowieściach odbywamy wraz z ich bohaterami prawdziwie "magiczne podróże", zaglądamy do Hawaiki - zaświatów, "krainy przodków". Przepływamy też z nimi - a jakże! - niezmierzone przestrzenie Oceanu Kiwy, jak nazywali Pacyfik. Lektura tej książki to w gruncie rzeczy taka niesamowita podróż wgłąb Polinezji. Obrazy zmieniające się jak w kalejdoskopie. I to była dla mnie naprawdę ogromna przyjemność!

sobota, 25 kwietnia 2020

A więc...

Tak, wiem, że nie zaczyna się od "a więc"... Ale jednak... Wybaczcie... ;)

A więc skoro już nam ten koronaŚwirus szaleje i siedzimy po domach, nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić, to cóż szkodzi spróbować znów pisać bloga? Pisywałem dotąd na różne tematy - z lepszym czy gorszym skutkiem. Sporo projektów utknęło na etapie "a może by tak", inne zaś się "wypaliły". O kulturze zaś jak dotąd nie blogowałem, chociaż pisałem o niej dość często jako dziennikarz. A przecież od wielu lat "siedzę w kulturze" i próbuję ją współtworzyć!

A więc... spróbuję! Bo... co mi szkodzi? :) Cóż więc tu będzie? Oczywiście chciałbym tu pisać o sobie i moich pasjach i o nas i naszych pasjach. O "nas" - bowiem jestem w gronie ludzi kulturalnie zaangażowanych. To "nas" to przede wszystkim Grupa Bajarzy "WędrujeMY", ale też inne - głównie  lokalne -inicjatywy kulturalne. Będzie trochę reportersko - bo w końcu na dziennikarstwie "zęby zjadłem" - ale też bardzo osobiście, "z serducha"... Będzie trochę o tym, co czytam, co oglądam, na co się natykam, co obserwuję / spostrzegam, w czym uczestniczę... Mam nadzieję, że będzie tutaj dosyć ciekawie. :)