niedziela, 2 maja 2021

W szarości osiedla... "napadła mnie" SZTUKA!

Pogoda za oknem tak "skisła", że jeśli nie napiszę czegoś super-pozytywnego, to chyba sam zaraz "skisnę". Zaczął się maj, a tu zimno i mokro tak, że najchętniej nie wychodziłoby się na milimetr spod kołdry i gniło. A tymczasem świat mimo wszystko bywa piękny. No więc...

Mamy w domu psiaka - to już 10 lat, jak jest on z nami. A z psiakiem, jak to z psiakiem, trzeba wychodzić na spacery. I tak było m.in. w ubiegłym tygodniu. Poszedłem z psem na spacer - zwykłą naszą trasą przez osiedle. I wcale się nie spodziewałem, że spacer ów dostarczy mi czegoś więcej, niż przyjemności ruchu, bycia ze zwierzakiem i wciągania świeżego powietrza do płuc. Tymczasem, przeszedłszy ledwie kilkadziesiąt metrów, stanąłem zdumiony, ujrzawszy przed sobą taki oto widok:


Żyję już na tym świecie ponad 40 lat i doskonale pamiętam czasy, gdy spędzało się wolny czas na dworze. Nie mieliśmy komputerów, konsol czy smartfonów - "zabijaczy czasu". Biegało się, jeździło na rowerze, grało w klasy, skakało przez gumę, rozrabiało na placach zabaw i... smarowało kredą po chodnikach. Chyba jestem naprawdę stary, skoro z rozrzewnieniem wspominam młodość. ;) No cóż... Teraz są inne czasy i czasem zastanawiam się: gdzie są te wszystkie dzieciaki?

Ucieszyłem się, bo widok ten był dla mnie niczym chwilowy powrót do tych pięknych czasów, w których miałem szczęście być dzieckiem. :)



Nie każdemu się to podoba. Pamiętam artykuł opublikowany w którejś z lokalnych gazet lub w którymś z serwisów internetowych. Mieszkańcy - no, niektórzy ;) - skarżyli się na obsmarowane kredą chodniki, że "to nieestetyczne", że "jak tak można", że "rodzice powinni pilnować swoich pociech", że "powinny być za to kary"... A ja pomyślałem wówczas: "Nie pamięta wół, jak cielęciem był". ;) Ja cieszę się, gdy widzę takie ślady dziecięcej aktywności - bo to ślady WOLNYCH młodych ludzi, nie przykutych jeszcze niewolniczo do ekranów i ekraników wszystkiego, co oferuje nam XXI wiek!

Stanąłem zdumiony podczas tego spaceru z pieskiem, bowiem nie spodziewałem się ujrzeć czegoś takiego - i to wykonanego z takim rozmachem! Dzieci poświęciły na to sporo czasu i włożyły w to wiele serca. I zrobiły to naprawdę genialnie! Napotkałem na swej drodze coś znacznie więcej, niż ślady wspólnej zabawy dzieci - napotkałem SZTUKĘ DZIECIĘCĄ! Ten rozmach! Te kolory! Aż żal, że to tylko kredą wykonane, że tak nietrwałe, że tylko na tak krótko zniknęła szarość chodnika... Gdyby tak można było tą fantazję dziecięcą utrwalić chociaż trochę i nie tylko na zdjęciach!



Piszę w liczbie mnogiej: "dzieci:, bowiem przy takim rozmachu nie mogło być to jedno tylko dziecko - musiała być to praca zbiorowa, co mnie dodatkowo raduje. Robienie czegoś WSPÓLNIE w tych czasach, kiedy staliśmy się niewolnikami cywilizacji, która w gruncie rzeczy czyni nas ogromnie samotnymi, ma szczególną wartość. My z przyjaciółmi zajmujemy się m.in. bajaniem i teatrem ilustracji - i zawsze podkreślamy, że jednym z walorów naszych działań jest socjalizacja dzieci i młodzieży. To nie tylko opowieści - to także próba bycia RAZEM i robienia czegoś WSPÓLNIE! Sztuka jest dla nas sposobem WSPÓLNEGO bytowania, interakcji, relacji. Często podkreślam, że chodzi nam i o to, by wyrwać młodych ludzi z domów, by oderwać ich od ekranów, by BYĆ RAZEM i tworzyć. 

Gdy tak stanąłem nad tymi barwnymi plamami... Prawdę mówiąc miałem ochotę sam chwycić za kredę i dołożyć tam coś od siebie. ;) Bo my bardzo lubimy tworzyć wraz z dziećmi - i to jest świetna inspiracja do działania. Może więc kiedyś z dziećmi po prostu wyjdziemy na chodnik między blokami? A "kij w oko" tym, którzy nie potrafią zrozumieć i docenić DZIECIĘCEJ SZTUKI - piękna, zaangażowania i wartości, które w takich zabawach tkwią... ;)





niedziela, 25 kwietnia 2021

Legendy staro-nowe

Byliśmy kilka dni temu z Przyjacielem w Poznaniu. Mamy tam takie swoje miejsca, które wprost uwielbiamy odwiedzać, które przyciągają nas tak, jak magnes kawałki metalu. Jednym z takich miejsc jest malutki sklepik w podziemiu jednej ze staromiejskich kamieniczek. Na niewielkiej przestrzeni - gdzie trzy lub cztery osoby to już... spory tłok! - jest tam ogrom różnych używanych rzeczy: kubeczki, flaszeczki, czajniki, talerzyki... Jest też mnóstwo książek oraz płyt i kaset. W tej malutkiej "norce" można "przepaść" na długo - na pewno godzina to nie jest zbyt wiele!

No i właśnie... Byliśmy w Poznaniu i zajrzeliśmy do "norki". W każdym razie ja zajrzałem. Kolega już "nie robił tłumu" - zwłaszcza, że panuje nam niemiłosiernie koronaŚwirus. ;) Cierpliwie czekał przed "norką", podczas gdy ja myszkowałem. Przyznam, że nie czułem się komfortowo, bo nie lubię, gdy ktoś na mnie czeka. Nie lubię się spieszyć - zwłaszcza gdy mam tyle rzeczy do obejrzenia, tyle szans na znalezienie czegoś specjalnego. A polowanie wymaga przecież czasu, cierpliwości i wytrwałości.

Często z tej "norki" z czymś wychodzę - a to trafi się mi świetna płyta ulubionego wykonawcy, a to ciekawa książka, a to w końcu jakiś drobiazg dla dekoracji lub do użytku naszej grupy bajarskiej. A przy tym z kieszeni ubywa... ledwie kilka złotych. Chociaż tym razem działałem pod presją czasu - nie chcąc, by Przyjaciel mój długo się męczył i denerwował, to i tym razem udało się znaleźć coś fajnego: "Legendy polskie" Wandy Chotomskiej. Cena? 2 złote! :) Takie właśnie są ceny w tej naszej kochanej "norce". :)

Kim jest autorka, tego tłumaczyć nie trzeba. Jest jedną z tych WIELKICH osób, na których twórczości się wychowałem - na jej książeczkach, na publikacjach w popularnych dziecięcych pisemkach... Żałuję ogromnie, że nigdy nie miałem okazji spotkać jej osobiście.



Na jej "Legendy polskie" miałem już od dawna ochotę, ale jednak z zakupem jakoś zwlekałem i zwlekałem, wahałem się... Gdy nie ma się za wiele pieniędzy, to i hamuje się szalejące serce, które się rwie. ;) A jeśli się w końcu trafia okazja, by niewielkim kosztem zaspokoić jego pragnienia, to wówczas... TAK! :)

Książka to z pewnością nie byle jaka. Imię i nazwisko autorki jest gwarancją jakości. A jej pierwsze wydanie w roku 2000 zostało wyróżnione jako "Książka Roku" przez polską sekcję IBBY - a to przecie nie byle co! A że dla dzieci? Jako bajarze pracujemy głównie z dziećmi i dla dzieci. Wiadoma rzecz. Ale nie tylko tzw. "profesja" skłania mnie do sięgania na "dziecięcą półkę". Chciałbym coś wyjaśnić...
 
Nie mam zielonego pojęcia - ani też zresztą w żadnym innym kolorze ;) - skąd się wzięło u nas jakieś durne przekonanie, że baśnie, bajki czy legendy są dla dzieci. Powołam się może na samą Wandę Chotomską, która jedną z legend rozpoczyna od takiego oto wprowadzenia: "W czasach, kiedy ludzie nie umieli pisać, kiedy nie liczono lat i nie zapisywano dat, wieści o tym, co się zdarzyło, przekazywano sobie z ust do ust. najpierw mówili o nich naoczni świadkowie, a potem szły w świat - powtarzane z pokolenia na pokolenie, synom i wnukom przez ojców i dziadków. nazywano je 'ustnymi podaniami' i niektórzy kronikarze umieszczali je później w swoich kronikach. (...) A potem różni autorzy zaczęli tworzyć o nich legendy." A na tylnej okładce autorka dała opis: "Legendy są to takie pałeczki w sztafecie pokoleń. Starsi przekazują je młodszym, żeby nie zaginęła pamięć o tym, co kiedyś było, co się dawno, dawno temu zdarzyło."

Legendy i baśnie były niegdyś częścią codzienności - opowiadali je starsi młodszym, ale i starsi pomiędzy sobą. Nie bez powodu mówi się o legendach, że jest w nich "ziarenko prawdy". Moim zdaniem jest to coś więcej niż "ziarenko" - czuję w nich naprawdę duże, bogate ziarno... Ba! Może wręcz całą pestkę! ;) To, co my nazywamy "legendami" czy "podaniami", przed wiekami i przez wieki traktowane było bardzo poważnie - jako część naszej historii. Wierzono, że tak się rzeczywiście zdarzyło i... Niech mnie ktoś nazwie naiwnym głupcem, ale ja także wierzę, że tak faktycznie było a przynajmniej być mogło, że w tych prastarych opowieściach jest zawarta prawda, chociaż obrosła fantazją, chociaż różne rzeczy się mogły w ciągu wielu wieków w nią wmieszać. Tą moją "naiwnie głupią" wiarę zdaje się zresztą podzielać Wanda Chotomska, co przebija mocno w zacytowanych wyżej słowach. Podobnie poważnie podchodzę do baśni, chociaż to już świat fantazji. Baśnie i bajki też nie są tylko dla dzieci. Ludzie zawsze opowiadali historie - jedne ku rozrywce, inne ku nauce, a często splatając jedno z drugim. Taki dla przykładu Ezop nie bajał raczej dla dzieci, chociaż pewnie i dzieci go słuchały. Są zresztą i takie bajki, które dla dzieci w ogóle się nie nadają. Denerwuje mnie nieco, gdy pytam o legendy i baśnie a odsyłany jestem do półek z literaturą dziecięcą - bo często szukam czegoś dla... bardziej zaawansowanych. 



Wanda Chotomska pisała z myślą o dzieciach. I jej "Baśnie polskie" są napisane dla dzieci... Ale raczej należałoby to ująć tak: jej "Baśnie polskie" są napisane głównie dla dzieci. Może zresztą raczej bardziej: głównie dla młodszej młodzieży - dla podrostków, które już się dziećmi za bardzo nie czują, już czują swoje "poważne -naście lat". ;) Tym niemniej przynajmniej z tej akurat książki także i starsi - zwłaszcza gdy wbrew ciału czują się młodo ;) - mogą mieć wiele przyjemności. Chyba tylko skończony "mugol" jej nie doceni. 

Bardzo ciekawy byłem jak Wanda Chotomska podeszła do tak... poważnej sprawy, jak legendy. Najprościej opowiedzieć je tak po prostu, jak zawsze były opowiadane. Ale... jakaż to sztuka? Legendy... One są dla mnie pewną "świętością", "relikwią kulturową"... Jednak nie są dla mnie nienaruszalne. Owszem, sam z nimi eksperymentuję, dopowiadam coś, coś zmieniam - przetwarzam. To odwieczne, niepisane prawo opowiadaczy, żywa kultura słowa. Spodziewałem się więc i oczekiwałem czegoś innego, szczególnego. No i faktycznie. Opowiedziane są inaczej - bardzo inaczej! Autorka napisała: "Legendy, które znajdziecie Państwo w tej książce, opowiedziała mi kiedyś moja babcia. A teraz, po latach, ja opowiadam je Wam, Moim Czytelnikom." Aha! Albo szanowna babcia autorki miała niesamowity odlot literacki, albo autorka... mija się z prawdą. ;)

To poważny zarzut, ale... legendy w tym wydaniu tak bardzo odbiegają od tradycji, że trudno mi uwierzyć, by były bliskie temu, co opowiadała autorce babka, nawet z ogromną fantazją. W każdej opowieści widać bardzo... Wandę Chotomską. Jeśli ktoś oczekuje klasyki, to może się zawieść. Jeśli ktoś oczekuje dobrego bajarstwa - będzie w "siódmym niebie". A my z przyjaciółmi kochamy tradycje, ale kochamy też żywe jej owoce, w tym świetne bajarstwo - czasem snucie zupełnie nowych opowieści opartych ledwie palcami gdzieś na starych tradycjach. I dokładnie to znalazłem w tej książce. Czytając, krążę z nią w rękach gdzieś w obłokach zachwytu.



Wanda Chotomska pisała dla dzieci i "młodszej młodzieży". Jednak chyba jednak to dojrzały czytelnik w pełni może dostrzec i docenić to, co autorka zrobiła - znając tradycję, dostrzec w tych opowieściach autora i jego fantazje. Odkrywam Chotomską na nowo i na nowo mnie w sobie rozkochuje - właśnie tym, że burzy i zupełnie przebudowuje to, co jest mi tak drogie. Doskonale się bawię czytając, gdyż ona doskonale się bawiła pisząc. I razem przeżywamy ten niesamowity odlot!

Tradycja jest piękna - i powinna być zachowywana, ale nie powinna być też skostniała, nie powinna być tylko "muzeum" z napisem: "nie ruszać eksponatów". ;) Vivat więc Chotomska i inni wariaci! :)

środa, 21 kwietnia 2021

Pięknie zilustrowane...

Stoi sobie u nas na ulicy pewien mebel. Bardzo szczególny mebel: Uliczna Szafa Czytelnicza. Oj, często można mnie przy niej spotkać! :) Niekiedy udaje się w niej znaleźć coś naprawdę interesującego. Ze wstydem natomiast przyznaję, że łatwiej mi z niej do domu różne rzeczy znosić, niż do niej wynosić. ;) Podejrzewam jednak, że nie ja jeden zmagam się z takim problemem. Tak samo, jak nie ja jeden nie mam za wiele książek, lecz półek mam za mało. Zwykle, gdy przeglądam książki w USC, biorę którąś, gdy pociąga mnie tytuł, tematyka, lub znam i cenię autora.

W tym wypadku było zupełnie inaczej. Tytuł i tematyka mnie zdecydowanie odpychały pomimo, że to "legendy". Nie ma co ukrywać - jestem sceptyczny wobec Kościoła katolickiego a kultowi maryjnemu - tudzież świętych, obrazów i relikwii - duchowo skrajnie przeciwny, zainteresowany co najwyżej ich wymiarem kulturowym, historycznym i... legandarno - baśniowym. Zafascynowała mnie natomiast okładka - tak, że sięgnąłem po nią i zacząłem przeglądać. A z każdą kolejną kartką, z każdym kolejnym obrazkiem, moje zafascynowanie wzrastało. Tak naprawdę same tylko ilustracje były powodem, dla których wziąłem tą książkę do domu - całą resztę ująć można było w słowa: "A się zobaczy - jakby co, to czytać przecie nie muszę." ;)

Ilustracji w niej zawarto dziesiątki - tak, że niewiele tylko stron nie zostało w żaden sposób ozdobionych. Przy współcześnie wydawanych książkach - zwłaszcza tych z baśniami i legendami, zazwyczaj adresowanych do dzieci i bardziej przypominających albumy sztuki ilustratorskiej - ta mogłaby "zginąć" ze swą skromnością. Dziesiątki ilustracji, lecz bez barw - prosta, nieco figlarna i może też komiksowa kreska... "Typowy oldskul"... I to nie czarna, a niebieska, dzięki czemu jeszcze mocnej poczułem magię sztuki obrazu. Dzisiaj tak się już książek nie ilustruje, nad czym dosyć mocno boleję, bowiem jest to forma cholernie mi bliska.
 
Wróciłem do domu i zacząłem przeglądać książkę... Tak, jestem zdecydowanie protestancki, nie katolicki, ale jednak... z dużym nabożeństwem. Bo w prawdziwej sztuce jest przecież wiele boskiego - talenty są darem od Boga a człowiek jest powołany do tego, aby nie w sobie odkrywać, rozwijać, pielęgnować i dzielić się nimi z bliźnimi. Sztuka, dostrzeganie i podziwianie piękna, jest ważnym elementem mojej religii, która wychodzi daleko poza tradycyjne ramy jej przypisywane. 
 
Przyznać się muszę... bezwstydnie - o zgrozo! ...że w tym moim na pół religijnym uniesieniu zaczęła we mnie kiełkować, wzrastać i wreszcie dojrzewać... CHOLERNA ZAZDROŚĆ! Kurcze! Jak ja bym chciał umieć rysować / malować! No, ale nie umiem... O to - muszę przyznać otwarcie - mam trochę żal do Pana Boga. Niechże mi On to w miłosierdziu swoim mi przebaczy! Nie. Nie był dla mnie skąpy - w końcu dał mi talenty, głównie do pisania...
 
Ale ja tak bardzo chciałbym umieć rysować, malować... Jeśli nie doskonale pod każdym względem, to choćby bardzo prymitywnie, ale PO SWOJEMU. Bardzo wiele by to mi ułatwiło w działaniach twórczych. No, ale nie umiem i nic się na to, niestety, nie poradzi. Ostatecznie nie można mieć w życiu wszystkiego i... potrzebujemy innych wokół siebie, by razem móc mieć wszystko, współpracować, współtworzyć, dzielić się talentami.
 
Przypomina mi się wiersz ks. Twardowskiego pt. "Sprawiedliwość": 

Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka
gdyby wszyscy byli silni jak konie
gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości
gdyby każdy miał to samo
nikt nikomu nie byłby potrzebny
Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest
nierównością
to co mam i to czego nie mam
nawet to czego nie mam komu dać
zawsze jest komuś potrzebne
(...) 
nierówni potrzebują siebie
im najłatwiej zrozumieć że każdy jest 
                                dla wszystkich
i odczytywać całość

Może gdybym miał zbyt wiele, to bym się w tym zatracił, stał się zbyt pewny siebie i może arogancki? Niedostatki także bywają nie bez przyczyny. ;)

Wróćmy jednak do książki... Dobrze się dzieje, że w obrębie religii jest, obok śmiertelnej powagi, miejsce na coś lekkiego, jak legendy i opowiastki a także zabawne rysunki. Kościół katolicki to instytucja ogromnie sztywna i skostniała - tym przyjemniejsze są takie lekkie dzieła. 
 
Patrzę na przykład na obrazek z Chrystusem Ukrzyżowanym. Jakże inaczej pokazano Golgotę i krzyż! Zaraz, zaraz... Pasja na wesoło? Bo przecież trudno się nie uśmiechnąć na widok tych pociesznych czartów! :) A przecież jednak jest to obrazek pełen treści. Chociaż te czarty są takie śmieszno - folklorystyczne, to całość do mnie mocno przemawia. Zwłaszcza urzekł mnie ów zrozpaczony czart na szczycie krzyża - bezsilny, przegrany, zrozpaczony. On wie, że właśnie przegrał - tak samo, jak pozostałe dwa czarty spadające do piekła.

Ale książka to przecież nie sama tylko szata graficzna. To przede wszystkim treść. Nie praktykując kultu maryjnego i nie wierząc w katolickie dogmaty miałem jednak nadzieję, że treść okaże się interesująca. Przede wszystkim liczyłem na tradycyjne legendy, w starym - może nieco średniowiecznym nawet - stylu. Niestety... Książka, która tak mnie ucieszyła grafiką, okazała się ZUPEŁNIE NIESTRAWNA! To nie żadne legendy, które bywają ciekawe, ale kiepska pisanina "w stylu" co prawda, ale... iście odpustowym!
 
Doczytałem ledwie do 1/3 objętości i już mnie całkowicie zemdliło od przesłodzonego nabożeństwa i steku bredni, jakie opowiada autor. Że Maryja była pierwszą stworzoną niewiastą; że Maryja prowadziła - tadaaaammm! - w niedzielę małego Jezusa na mszę do kościoła, która na jego cześć się sama odprawiała; że Maryja stworzyła słońce i księżyc, by odbijały jej chwałę i świeciły ludziom; że Maryja ocaliła ludzi, gdy Bóg chciał zniszczyć wszelkie plony... Moje "protestanckie" i wrażliwe na sztukę serce i duch wiły się dosłownie z bólu i rozpaczy. Książka napisana została pod koniec XIX wieku dla dzieci i młodzieży. Doprawdy żal mi tych młodych, którym umysły zatruwano tak kiepską i niebezpieczną duchowo literaturą.

Ilustracje są przepiękne, ale... szkoda, że tyle papieru zmarnowano na treść. To pięknie zilustrowane... gówno. :( Unikam takich wyrażeń, ale niestety nie potrafię znaleźć innego na to słowa. Odrzuciłbym tą książkę nawet będąc wiernym katolikiem, a co dopiero nim nie będąc. ;) Legendy to powinny być legendy... Baśnie to powinny być baśnie... A nie bełkot i wysyp wszystkiego, co tam autorowi się zrodzi w głowie. Nawet w baśniach i legendach musi być sens i rozsądne poukładanie.Książka pozostaje na mojej półce - WYŁĄCZNIE ZE WZGLĘDU NA RYSUNKI.



Skarb

 Jesteśmy z przyjaciółmi bardzo WIELKOPOLSCY - co zawsze z mocą podkreślam... Chociaż w żadnym razie się do naszego regiony ściśle nie ograniczamy. Szczególna miłość do tego, co nasze, wielkopolskie jest więc zupełnie naturalna i zrozumiała. Region nasz jest niezwykle bogaty kulturowo i obfituje w wiele wspaniałych opowieści. Zbieramy je więc to tu, to tam...

Zajmuję się tym już od kilku lat. Od początku słyszałem o pewnym Niemcu, który żył tą samą pasją. Nazywał się Otto Knoop i działał na przełomie XIX i XX wieku. Chociaż miał on słowiańskie korzenie - wywodził się z okolic Słupska, ze Słowińców - to jednak jego rodzina była zniemczona i słuszne jest zapewne traktować go bardziej jako Prusaka - zwłaszcza, że był nauczycielem w pruskich szkołach, m.in od 1882 r. w gimnazjum w Gnieźnie a następnie w latach 1889 - 1919 w gimnazjum w Rogoźnie. Był etnografem - folklorystą, dla którego wzorem i autorytetem był wielki Oskar Kolberg. Badał kulturę Pomorza, gdzie się urodził i wychował oraz Wielkopolski, gdzie "rzucił go los". Pozostawił po sobie całkiem imponujący dorobek, zwłaszcza spisując legendy, baśnie i opowiastki ludowe. O tym, jak bardzo był zniemczały, świadczy fakt, że pisząc o Wielkopolsce początkowo chciał się skupić wyłącznie na żyjących tu Niemcach, ich kulturze i tradycjach. Mając jednak kontakt z polskimi uczniami zainteresował się jednak ostatecznie także polskimi przekazami. W ten sposób narodziła się książka "Sagen und Erzählungen aus der Provinz Posen" ("Legendy i opowieści z Prowincji Poznańskiej").


 
Pomimo tej pruskości Knoopa, bardzo pragnąłem móc się zapoznać z jego zapiskami. Jednak wszędzie natykałem się jedynie na niemiecki oryginał. A po niemiecku... No cóż: potrafię bardzo dobrze, ale bardzo, bardzo mało. Czułem więc narastającą frustrację i ogromny żal do naszych regionalnych wydawców i promotorów regionu. Dlaczego, do cholery, Pomorze ma polskie wydania spuścizny badawczej profesora Knoopa, a my nie? Tym bardziej to narastało, że słyszałem: nie ma w ogóle wielkopolskich zapisków Knoopa po polsku... Potem usłyszałem, że podobno jest jednak jakieś tłumaczenie w maszynopisie. Ale gdzie?

Nadszedł jednak taki dzień, gdy... jakby zaświeciło dla mnie słońce! Otóż jakiś czas temu przeglądałem zasoby cyfrowe Biblioteki Narodowej. Tam zaś, jakimś przypadkiem trafiłem na skany czasopisma geograficzno - etnograficznego "Wisła", a tam... piękne polskie tłumaczenia prac Otto Knoopa!

Trudno mi ubrać w słowa to, co poczułem w tym momencie w swoim sercu, jak bardzo byłem uszczęśliwiony... Serce dosłownie skakało i tańczyło w mojej piersi! Nawet jeśli ten Knoop tak bardzo był Prusakiem, nie czuł w sobie nic polskiego - chociaż pewnie w jakimś stopniu utożsamiał się z polskimi w końcu Słowińcami, chociaż nie dbał o polskość i wielkie polskie legendy wielkopolskiej ziemi... Pruska szkoła i pruscy nauczyciele - wiadomo, co się działo podczas zaborów! A jednak... Poczułem, że mam w ręku - czy raczej na dysku komputera - prawdziwy skarb.

Tego skarbu - zawartego w czterech kolejnych wydaniach "Wisły" - jest łącznie ok. 80 stron. Czy jest to wszystko, co Otto Knoop zebrał i spisał z obszaru Prowincji Poznańskiej? Szczerze mówiąc do tego jeszcze nie doszedłem. Najważniejsze, że JEST! :)

Piśmiennictwo Knoopa jest specyficzne. Rozczaruje się nim ktoś, kto liczy na wspaniałe baśnie i legendy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni - z całym ich bogactwem przekazu i stylu literackiego. Nie był on bowiem literatem a - jak już wspomniałem - etnografem, folklorystą. I takie właśnie było jego podejście do opowieści: nadzwyczaj surowa zazwyczaj forma, minimalizm także w ilości treści - często boleśnie aż lakoniczne. To raczej forma "klasera z opowieściami", czy też swoistego katalogu... W gruncie rzeczy jak odcisk w ziemi, którym zajmują się archeolodzy - ślad tego, co było. W dodatku jest to zbiór rozmaitości - nie tylko legend i bajań, ale także np. wzmianek o duchach czy różnych ludowych przesądach. Cudo! Ale z pewnością nie dla każdego... :)

Nie z każdej spośród notatek Knoopa jako bajarze mamy lub możemy mieć pożytek. Ale takich nie brakuje - także z Ziemi Gnieźnieńskiej. Jest więc m.in. o zielarkach z Gorzuchowa, o rybaku, który w jeziorze Bielidło wyłowił "święty krzyż", o pasterzu Witku, o królu wężów i jego skarbie, o zapadłym kościele w Głęboczku...  Opowieść o zielarkach z Gorzuchowa jest prawdziwa, lecz obrosła legendą a w miejscu ich zgładzenia rzekomo ujrzeć można zjawy. Znana jest legenda o królu wężów - chociaż mniej, niż "królewskie legendy" o Lechu i Orle Białym, czy o postrzyżynach u Piasta, które - rzecz jasna - Knoop, jako Prusek, który choćby nie chciał, to musiał się podporządkować polityce Pruskiej wobec Polaków i polskości, przemilczał. Legenda o jeziorze Bielidło - obecnie nazywanym Świętokrzyskim i o fundacji kościoła Św. Krzyża, będącego w istocie kaplicą cmentarną, nie jest znana i nawet zbiorki poświęcone legendom gnieźnieńskim jej nie zawierają. Podobnie ta o jeziorze Głęboczek, leżącym na północ od Gniezna.

Wiele u Knoopa brakuje, ale za ogrom pracy, którą wykonał, ma on mój wielki szacunek i wdzięczność. Tak samo ci, którzy jego prace przetłumaczyli i opublikowali przed "z górką" stuleciem. I wreszcie ci, którzy tomy "Wisły" wydobyli gdzieś z bibliotecznych zakamarków, wykonali ich cyfrowe kopie i je udostępnili takim, jak ja, miłośnikom książek, opowieści, wszelkich "staroci" a nade wszystko ziemi ojczystej, ludu i tradycji. :)

sobota, 17 kwietnia 2021

Opowiadam "z dreszczykiem"

Poprzednie warsztaty "Bitwy na Opowieści" odbyły się 1 kwietnia. Wówczas ustaliliśmy, że kolejne, zaplanowane na 15 kwietnia, będą poświęcone "opowieściom z dreszczykiem". "Mam! Mam coś takiego!" - pomyślałem wówczas i od razu zgłosiłem gotowość.
 
To "coś takiego" to XVII-wieczna bajka o charakterze filozoficzno - moralizatorskim. Oryginalnie zatytułowana jest ona: "O troskliwym rozpamiętywaniu godziny śmiertelnej". Wymagała pewnego opracowania. Przede wszystkim... przetłumaczenia "z polskiego na nasze", gdyż były w niej zawarte słowa i sformułowania, które dzisiaj nie zostałyby pewnie zrozumiane - nie bez podstawowej znajomości staropolszczyzny i stosownych słowników. I tak miałem łatwo, bo "przetarł mi szlak" powojenny wydawca, który już historię opracował językowo, a mi pozostało zmienić to, co jeszcze niezrozumiałego dla współczesności w niej pozostało. 
 
Obiecywałem sobie przygotować tą opowieść solidnie w dwa tygodnie. Tak się jednak złożyło, że w końcu zostało na to... tylko kilka godzin. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa... Dołożyłem za to starań, by dla opowieści przygotować też stosowną "oprawę", współgrającą z żywym słowem. Prawdę mówiąc do końca nie wiedziałem co z tego będzie. Ostatecznie chyba się nieźle udało... 


Na chwilę obecną w inicjatywie uczestniczy 2/3 naszej Grupy Bajarzy "WędrujeMy" - nasz mistrz Łukasz i ja, skromny uczeń Marcin.

czwartek, 1 kwietnia 2021

Wylatowskich wspomnień czar

1 kwietnia. Muszę przyznać, że dla mnie to niezwykle... kłopotliwa data. Dlaczego? Co za pytanie! Doprawdy nie wiadomo, co tego dnia można / należy brać na poważnie, czego zaś nie. Trudno głupawki odróżnić od rzeczywistości - tym bardziej, że rzeczywistość jest głęboko nasycona absurdami takimi, że lepiej by było, gdyby były one tylko "prima aprilis".

Jakiś czas temu Radomska Grupa Bajarzy - nudząc się ewidentnie podczas pandemii koronaŚwirusa - wymyśliła "Bitwę na Opowieści". Potem zaś spotkania warsztatowe on-line. Gdy ostatnio ustalono datę kolejnego - 1 kwietnia - to wiadomo było, że po prostu musi być dziwno i śmieszno. Łebsko nadano spotkaniu hasło "Zagnij Münchhausena". Kim był ów Münchhausen, którego mieliśmy "zaginać", każdy może się obecnie, w dobie "wirtualnego świata", łatwo sam dowiedzieć.

 

Nie planowałem żadnej prezentacji - nastawiony byłem na słuchanie innych, na pogadanie o opowieściach, itp. Wyszło jednak inaczej. Bartek zapytał mnie, czy bym coś opowiedział, a ja pomyślałem, że owszem, miałbym w sumie coś do opowiedzenia. Wprawdzie nie jakąś checną, pokręconą bajkę, nie jakaś fantastyczną historię, nie... STOP! No więc co? Ano skoro "prima aprilis" to o "wkrętach", jakie urządzili sobie niegdyś moi znajomi, jakich próbowałem ja i... jak mi wyszło, ale inaczej. ;)

Seweryn Krajewski śpiewał kiedyś - bardzo, bardzo dawno temu, bo jeszcze w czasach mojego dzieciństwa - pewną piosenkę, potem zapomnianą:

"...UFO jest krasnalem naszych dni
do przygód stu otwiera drzwi.
UFO jest krasnalem cudów Twych i chce
jak ty wesoło żyć.

Już nie wierzysz w stare bajki przyznaj się
i z krasnala z siwą brodą śmiejesz się. Ale
UFO to jest przebój, to jest to -
kosmiczny styl, nieziemski wzrok..."

A było to dawno, dawno temu - chociaż nie tak dawno, jak to jest w różnych starych baśniach... I nie tak bardzo daleko - w Wylatowie, leżącym kilkanaście kilometrów na wschód od Gniezna. Przed laty wioska ta zasłynęła "kręgami zbożowymi" - a raczej prostszymi lub bardziej wymyślnymi piktogramami przypisywanymi istotom pozaziemskim przylatującym na pokładzie UFO. Stało się Wylatowo "Mekką" ufologów, ufo-świrów i zwykłych ciekawskich. Byłem tam i ja, przesiadywałem tygodniami - niejedno widziałem, niejedno słyszałem, niejedno sam przeżyłem. Ciekawi ludzie bywali w kultowej wręcz wylatowskiej "bazie" i jej okolicach - często ciekawsi i dziwniejsi nawet od domniemanych "ufoków"! Każdej nocy "operacja życie nocne", a my pełni pasji i inwencji. No więc DZIAŁO SIĘ! I było co opowiadać - po latach i choćby tylko przez chwilę...

Wszystko było prawdziwe. I "prawdziwi" kosmici przy drodze. I ekipa filmowa, której postanowiłem spłatać figla i figiel wyszedł, ale zupełnie inaczej, niż planowałem. I... Trochę się "łezka w oku kręciła" na wspomnienie sprzed około 20 już lat i "nieziemskich wakacji". A UFO? Można w nie wierzyć, lub nie, można je różnie interpretować. Niewątpliwie stało się ono jednak też elementem kulturowym - nie tylko za sprawą relacji świadków (czy uznać ich za wiarygodnych, czy też nie), ale też literatury, filmu, komiksu czy gier. To niewątpliwie cudowny temat dla snutych opowieści. :)



Niezwykle żałuję, że nigdy nie powstała książka o Wylatowie i "kręgach", którą przed laty miał w planach Robert Bernatowicz. Był on jednym z tych, dzięki którym o tej wiosce zrobiło się wówczas głośno. Naprawdę niewielu ludzi spędziło tam tyle czasu, przeprowadziło tyle rozmów, zgromadziło taką dokumentację. Szkoda, że nie zostało to opracowane i wydane w formie książki. Mogłaby to być obszerna i niezwykle ciekawa książka. Zwłaszcza, gdyby obejmowała więcej, niż tylko wywody o "kręgach" i UFO. :)

piątek, 1 stycznia 2021

 Tak trudno uwierzyć w to, co się stało...




Przez szereg lat jeździłem do Osieka, sporej wioski w Borach Tucholskich. Bywałem w niej z racji organizowanego tam co roku międzynarodowego festiwalu muzyki gospel. Potem, niestety, organizatorzy nie mogli już liczyć na wystarczające wsparcie lokalnych władz i festiwal zniknął z Osieka a zagościł w Gniewie. Ale nie o festiwalu chcę opowiadać. W Osieku poznałem nie tyko wielu muzyków i pieśniarzy, ale także wspaniałych "tubylców" - małżeństwo F., w których gospodarstwie gościłem. Doskonale się czułem w wiosce, która w ciągu kilku dni stawała się "gospelową stolicą Polski", ale miała też wiele innych rozkoszy do zaoferowania.

Kociewie - bo tak się nazywa ten niewielki region kraju - to region bogaty kulturowo. Mają swoją gwarę, swoje podania... Mają też wiele ciekawych, chociaż nie takich bardzo znanych zabytków. W samym Osieku pozostało nieco starych, drewnianych chat kociewskich, bardzo charakterystycznych dla regionu. "Ale jeśli chcesz zobaczyć więcej, to koniecznie wybierz się do Kasparusa" - namawiała mnie pani F.  No i namówiła - wsiadłem na pożyczony od niej rower i pojechałem. I... zakochałem się, bo tam takich kociewskich chat - zdało by się - "pół wioski"! A sercem jej zaś był uroczy, niewielki kościółek.

BYŁ... :( Serce bolało, gdy oglądałem zdjęcia z pożaru, gdy czytałem relacje... Owszem, tak się zdarza, że coś tracimy, ale szczególnie boli, gdy się to samemu z bliska poznało, gdy jest to gdzieś w sercu. Kościółek był zabytkowy. Nie "bardzo zabytkowy" wprawdzie w sensie wieku. Noszącą wezwanie św. Józefa świątynkę wzniesiono zaledwie w 1926 roku - stała się ona jednak kulturowo niezwykle ważna nie tylko dla samej wsi, ale, jak się podkreśla, dla całego Kociewia. Serce Kasparusa - nawet jeśli nie podziela się wiary katolickiej...

Rys. Facebook / Nasz Kaparus

Nie trzeba wcale podzielać wiary, aby CZUĆ. Oby udało się odbudować ten uroczy kościółek. To jednak przekracza możliwości malutkiej miejscowej wspólnotki parafialnej, liczącej ledwie jakieś półtorasta dusz. Możliwe, że powstanie taki sam, ale nie będzie to już ten sam.