1 kwietnia. Muszę przyznać, że dla mnie to niezwykle... kłopotliwa data. Dlaczego? Co za pytanie! Doprawdy nie wiadomo, co tego dnia można / należy brać na poważnie, czego zaś nie. Trudno głupawki odróżnić od rzeczywistości - tym bardziej, że rzeczywistość jest głęboko nasycona absurdami takimi, że lepiej by było, gdyby były one tylko "prima aprilis".
Jakiś czas temu Radomska Grupa Bajarzy - nudząc się ewidentnie podczas pandemii koronaŚwirusa - wymyśliła "Bitwę na Opowieści". Potem zaś spotkania warsztatowe on-line. Gdy ostatnio ustalono datę kolejnego - 1 kwietnia - to wiadomo było, że po prostu musi być dziwno i śmieszno. Łebsko nadano spotkaniu hasło "Zagnij Münchhausena". Kim był ów Münchhausen, którego mieliśmy "zaginać", każdy może się obecnie, w dobie "wirtualnego świata", łatwo sam dowiedzieć.
Nie planowałem żadnej prezentacji - nastawiony byłem na słuchanie innych, na pogadanie o opowieściach, itp. Wyszło jednak inaczej. Bartek zapytał mnie, czy bym coś opowiedział, a ja pomyślałem, że owszem, miałbym w sumie coś do opowiedzenia. Wprawdzie nie jakąś checną, pokręconą bajkę, nie jakaś fantastyczną historię, nie... STOP! No więc co? Ano skoro "prima aprilis" to o "wkrętach", jakie urządzili sobie niegdyś moi znajomi, jakich próbowałem ja i... jak mi wyszło, ale inaczej. ;)
Seweryn Krajewski śpiewał kiedyś - bardzo, bardzo dawno temu, bo jeszcze w czasach mojego dzieciństwa - pewną piosenkę, potem zapomnianą:
"...UFO jest krasnalem naszych dni
do przygód stu otwiera drzwi.
UFO jest krasnalem cudów Twych i chce
jak ty wesoło żyć.
Już nie wierzysz w stare bajki przyznaj się
i z krasnala z siwą brodą śmiejesz się. Ale
UFO to jest przebój, to jest to -
kosmiczny styl, nieziemski wzrok..."
A było to dawno, dawno temu - chociaż nie tak dawno, jak to jest w różnych starych baśniach... I nie tak bardzo daleko - w Wylatowie, leżącym kilkanaście kilometrów na wschód od Gniezna. Przed laty wioska ta zasłynęła "kręgami zbożowymi" - a raczej prostszymi lub bardziej wymyślnymi piktogramami przypisywanymi istotom pozaziemskim przylatującym na pokładzie UFO. Stało się Wylatowo "Mekką" ufologów, ufo-świrów i zwykłych ciekawskich. Byłem tam i ja, przesiadywałem tygodniami - niejedno widziałem, niejedno słyszałem, niejedno sam przeżyłem. Ciekawi ludzie bywali w kultowej wręcz wylatowskiej "bazie" i jej okolicach - często ciekawsi i dziwniejsi nawet od domniemanych "ufoków"! Każdej nocy "operacja życie nocne", a my pełni pasji i inwencji. No więc DZIAŁO SIĘ! I było co opowiadać - po latach i choćby tylko przez chwilę...
Wszystko było prawdziwe. I "prawdziwi" kosmici przy drodze. I ekipa filmowa, której postanowiłem spłatać figla i figiel wyszedł, ale zupełnie inaczej, niż planowałem. I... Trochę się "łezka w oku kręciła" na wspomnienie sprzed około 20 już lat i "nieziemskich wakacji". A UFO? Można w nie wierzyć, lub nie, można je różnie interpretować. Niewątpliwie stało się ono jednak też elementem kulturowym - nie tylko za sprawą relacji świadków (czy uznać ich za wiarygodnych, czy też nie), ale też literatury, filmu, komiksu czy gier. To niewątpliwie cudowny temat dla snutych opowieści. :)
Niezwykle żałuję, że nigdy nie powstała książka o Wylatowie i "kręgach", którą przed laty miał w planach Robert Bernatowicz. Był on jednym z tych, dzięki którym o tej wiosce zrobiło się wówczas głośno. Naprawdę niewielu ludzi spędziło tam tyle czasu, przeprowadziło tyle rozmów, zgromadziło taką dokumentację. Szkoda, że nie zostało to opracowane i wydane w formie książki. Mogłaby to być obszerna i niezwykle ciekawa książka. Zwłaszcza, gdyby obejmowała więcej, niż tylko wywody o "kręgach" i UFO. :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz