Chociaż moje zamiłowania kulturalne nie podlegają żadnym ograniczeniom i chłonę "cały świat", to jednak w sposób absolutnie naturalny najbliższe jest mi to wszystko, co wiąże się z Wielkopolską, a szczególnie z Gnieznem i okolicami. A pięknych legend i baśni nam nie brakuje! Są wśród nich tak znane, jak ta o Lechu, Czechu i Rusie, o Popielu (który wcale nie rezydował w Kruszwicy!) czy też o Piaście Oraczu (bo Piast wcale nie był kołodziejem!), ale nie brakuje także wielu innych, czasem bardzo ciekawych.
W ubiegłym roku sporo uwagi i wysiłków poświęciłem właśnie naszym regionalnym legendom i bajaniom. Jedną z takich mniej znanych legend jest opowieść o "Czerwonej Oberży", która rzekomo miała stać przy trakcie z Gniezna do Wągrowca, w okolicy wioski Waliszewo, która leży nad jez. Lednica. To jedna z młodszych legend Ziemi Gnieźnieńskiej, która może sobie liczyć zaledwie... sto lat lub niewiele więcej! Wzięła się stąd, że miejscowi, kopiąc piasek z Góry Waliszewskiej natrafiali na ludzkie kości, i "rozruszało im to fantazję", zaczęli się domyślać "bóg wie czego"... Tymczasem prawda okazała się znacznie bardziej prozaiczna. Otóż kopiąc piasek... rozkopano cmentarzysko. Później na tym terenie były prowadzone prace archeologiczne.
Tym niemniej "krwawa legenda" pozostała i jest wpisana w lokalny szlak legend i baśni a nawet upamiętniona pomnikiem karczmarza - zbrodniarza. To doprawdy nader rzadki przypadek - jeśli nie liczyć różnych bandyckich reżimów ;) - że zbrodniarzowi wystawia się pomnik. Nawet jeśli ten zbrodniarz był najzupełniej zmyślony.
Pamiętam opowieści o owej "czerwonej oberży" jeszcze z moich młodych lat. Wskazywano miejsce, w którym rzekomo miała ona stać. Słyszałem też wówczas, jakoby prace archeologiczne potwierdziły jej istnienie. Podawane z ust do ust opowieści na zasadzie "coś komuś dzwoniło, ale nie wiedział w jakim to kościele". ;) I tak pojawił się wątek jakiejś studni, do której jakoby ów karczmarz miał wrzucać swe ofiary, że niby archeolodzy tą studnię znaleźli a w niej liczne szkielety ludzkie...
Co by nie mówić jednak, to zbójecka karczma to wprost znakomity materiał dla bajarza na bardzo mroczną opowieść. I tak w mojej głowie zaczęło coś tak pod koniec czerwca ub.r. pobrzmiewać cichutkie "tur, tur, tur" kupieckiego wózka. Zaczęła rodzić się opowieść... Ale nie chciałem, aby się urodziła ona przedwcześnie. Bowiem niekiedy takie narodziny powinny się odbyć nie tylko we właściwym czasie, ale także we właściwym miejscu. A czułem bardzo mocno w sercu, że tym miejscem jest właśnie Waliszewo.
Waliszewo od Gniezna dzieli ok. 14 kilometrów. I niewiele, i wiele zarazem, gdyż po upadku gnieźnieńskiego PKSu dość trudno jest się tam dostać, jeśli nie jest się "zmotoryzowanym". Bardzo lubię jednak autostop i tak własnie dotarłem do Waliszewa. Przywitałem się z karczmarzem "zaklętym" w metalu. Zasiadłem przy wielkim stole pod wiatą i zacząłem pisać: "Tur, tur, tur, tur - turkotały na gnieźnieńskim trakcie koła niewielkiego kupieckiego wozu. Zgrzyt, pisk, zgrzyt - od czasu do czasu dodawała od siebie oś..."
W ten sposób na przydrożnym parkingu, w ciągu 2 lub 3 godzin, zrodziła się zasadnicza część opowieści. Czasem jest tak, że opowieść sama się snuje... Innymi słowy: baśń się sama baśni. ;) I wówczas zadaniem autora jest czuć i zapisywać. Później, podczas przeglądania tekstu, niewiele zmieniałem, bowiem czułem, że słowa dobrze oddają obraz, jaki miałem w wyobraźni już wcześniej, a który w tym miejscu przeszedł jakby przez "katalizator". No, może sama zbrodnia w mej wyobraźni była bardziej... zbrodnicza, brutalna - w opowieści nieco ją zamaskowałem. Fakt, że legenda zachowała się w formie szczątkowej - jako zaledwie kilku zdaniowa wzmianka - nie stanowił żadnego problemu, a wręcz przeciwnie: uwolnił w stopniu niesamowitym, bo w żaden sposób nie ograniczały mnie "stare przekazy", "balast" tradycji, której w jakiś sposób trzeba być jednak wiernym w przypadku lepiej zachowanych legend...
Napotkałem za to na inny, dość poważny problem. Otóż mogło by się zdawać, że miejsca związane z legendą, jeśli już jest ona przytaczana, są mniej lub bardziej dokładnie określone i oznaczone. Tymczasem w Waliszewie jest zupełnie inaczej! Nieco pracy wymagało ustalenie miejsca, gdzie miejscowa ludność wygrzebywała owe ludzkie kości i snuła swe przypuszczenia o zbrodniczym procederze... Trochę to trwało, nim ustaliłem, że żwir kopano na zboczach Góry Waliszewskiej. Pojawił się kolejny problem: góra ta nie została oznaczona na mapie, chociaż wskazywano ją jako znakomity punkt widokowy! Jedynie mniej więcej określono jej lokalizację. Trzeba więc było... szukać góry!
I to bardzo dosłownie jej szukać - w terenie, drepcząc ileś tam kilometrów. Bo jeśli już "iść tropem baśni", to iść naprawdę i do końca, bez kompromisów! Nasza grupa bajarzy nazywa się "WędrujeMY", a to zobowiązuje! Czasem nie starczy wędrować drogami fantazji przez świat baśni, lecz trzeba także wysiłku ciała. W końcu znalazłem górę, a nawet wdrapałem się na jej szczyt. :)
I to bardzo dosłownie jej szukać - w terenie, drepcząc ileś tam kilometrów. Bo jeśli już "iść tropem baśni", to iść naprawdę i do końca, bez kompromisów! Nasza grupa bajarzy nazywa się "WędrujeMY", a to zobowiązuje! Czasem nie starczy wędrować drogami fantazji przez świat baśni, lecz trzeba także wysiłku ciała. W końcu znalazłem górę, a nawet wdrapałem się na jej szczyt. :)
Nagrodą były nie tylko rozległe i piękne widoki (jez. Lednica jednak nie widać, chociaż jest bardzo blisko), ale też "domknięcie" opowiadanej historii. Miała ona swoją premierę kilka tygodni później w Centrum Aktywności Społecznej "Largo" w Gnieźnie, w ramach prezentacji dorobku naszej grupy bajarskiej. A oto i sama opowieść:



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz