Byliśmy kilka dni temu z Przyjacielem w Poznaniu. Mamy tam takie swoje miejsca, które wprost uwielbiamy odwiedzać, które przyciągają nas tak, jak magnes kawałki metalu. Jednym z takich miejsc jest malutki sklepik w podziemiu jednej ze staromiejskich kamieniczek. Na niewielkiej przestrzeni - gdzie trzy lub cztery osoby to już... spory tłok! - jest tam ogrom różnych używanych rzeczy: kubeczki, flaszeczki, czajniki, talerzyki... Jest też mnóstwo książek oraz płyt i kaset. W tej malutkiej "norce" można "przepaść" na długo - na pewno godzina to nie jest zbyt wiele!
No i właśnie... Byliśmy w Poznaniu i zajrzeliśmy do "norki". W każdym razie ja zajrzałem. Kolega już "nie robił tłumu" - zwłaszcza, że panuje nam niemiłosiernie koronaŚwirus. ;) Cierpliwie czekał przed "norką", podczas gdy ja myszkowałem. Przyznam, że nie czułem się komfortowo, bo nie lubię, gdy ktoś na mnie czeka. Nie lubię się spieszyć - zwłaszcza gdy mam tyle rzeczy do obejrzenia, tyle szans na znalezienie czegoś specjalnego. A polowanie wymaga przecież czasu, cierpliwości i wytrwałości.
Często z tej "norki" z czymś wychodzę - a to trafi się mi świetna płyta ulubionego wykonawcy, a to ciekawa książka, a to w końcu jakiś drobiazg dla dekoracji lub do użytku naszej grupy bajarskiej. A przy tym z kieszeni ubywa... ledwie kilka złotych. Chociaż tym razem działałem pod presją czasu - nie chcąc, by Przyjaciel mój długo się męczył i denerwował, to i tym razem udało się znaleźć coś fajnego: "Legendy polskie" Wandy Chotomskiej. Cena? 2 złote! :) Takie właśnie są ceny w tej naszej kochanej "norce". :)
Kim jest autorka, tego tłumaczyć nie trzeba. Jest jedną z tych WIELKICH osób, na których twórczości się wychowałem - na jej książeczkach, na publikacjach w popularnych dziecięcych pisemkach... Żałuję ogromnie, że nigdy nie miałem okazji spotkać jej osobiście.
Na jej "Legendy polskie" miałem już od dawna ochotę, ale jednak z zakupem jakoś zwlekałem i zwlekałem, wahałem się... Gdy nie ma się za wiele pieniędzy, to i hamuje się szalejące serce, które się rwie. ;) A jeśli się w końcu trafia okazja, by niewielkim kosztem zaspokoić jego pragnienia, to wówczas... TAK! :)
Książka to z pewnością nie byle jaka. Imię i nazwisko autorki jest gwarancją jakości. A jej pierwsze wydanie w roku 2000 zostało wyróżnione jako "Książka Roku" przez polską sekcję IBBY - a to przecie nie byle co! A że dla dzieci? Jako bajarze pracujemy głównie z dziećmi i dla dzieci. Wiadoma rzecz. Ale nie tylko tzw. "profesja" skłania mnie do sięgania na "dziecięcą półkę". Chciałbym coś wyjaśnić...
Nie mam zielonego pojęcia - ani też zresztą w żadnym innym kolorze ;) - skąd się wzięło u nas jakieś durne przekonanie, że baśnie, bajki czy legendy są dla dzieci. Powołam się może na samą Wandę Chotomską, która jedną z legend rozpoczyna od takiego oto wprowadzenia: "W czasach, kiedy ludzie nie umieli pisać, kiedy nie liczono lat i nie zapisywano dat, wieści o tym, co się zdarzyło, przekazywano sobie z ust do ust. najpierw mówili o nich naoczni świadkowie, a potem szły w świat - powtarzane z pokolenia na pokolenie, synom i wnukom przez ojców i dziadków. nazywano je 'ustnymi podaniami' i niektórzy kronikarze umieszczali je później w swoich kronikach. (...) A potem różni autorzy zaczęli tworzyć o nich legendy." A na tylnej okładce autorka dała opis: "Legendy są to takie pałeczki w sztafecie pokoleń. Starsi przekazują je młodszym, żeby nie zaginęła pamięć o tym, co kiedyś było, co się dawno, dawno temu zdarzyło."
Legendy i baśnie były niegdyś częścią codzienności - opowiadali je starsi młodszym, ale i starsi pomiędzy sobą. Nie bez powodu mówi się o legendach, że jest w nich "ziarenko prawdy". Moim zdaniem jest to coś więcej niż "ziarenko" - czuję w nich naprawdę duże, bogate ziarno... Ba! Może wręcz całą pestkę! ;) To, co my nazywamy "legendami" czy "podaniami", przed wiekami i przez wieki traktowane było bardzo poważnie - jako część naszej historii. Wierzono, że tak się rzeczywiście zdarzyło i... Niech mnie ktoś nazwie naiwnym głupcem, ale ja także wierzę, że tak faktycznie było a przynajmniej być mogło, że w tych prastarych opowieściach jest zawarta prawda, chociaż obrosła fantazją, chociaż różne rzeczy się mogły w ciągu wielu wieków w nią wmieszać. Tą moją "naiwnie głupią" wiarę zdaje się zresztą podzielać Wanda Chotomska, co przebija mocno w zacytowanych wyżej słowach. Podobnie poważnie podchodzę do baśni, chociaż to już świat fantazji. Baśnie i bajki też nie są tylko dla dzieci. Ludzie zawsze opowiadali historie - jedne ku rozrywce, inne ku nauce, a często splatając jedno z drugim. Taki dla przykładu Ezop nie bajał raczej dla dzieci, chociaż pewnie i dzieci go słuchały. Są zresztą i takie bajki, które dla dzieci w ogóle się nie nadają. Denerwuje mnie nieco, gdy pytam o legendy i baśnie a odsyłany jestem do półek z literaturą dziecięcą - bo często szukam czegoś dla... bardziej zaawansowanych.
Wanda Chotomska pisała z myślą o dzieciach. I jej "Baśnie polskie" są napisane dla dzieci... Ale raczej należałoby to ująć tak: jej "Baśnie polskie" są napisane głównie dla dzieci. Może zresztą raczej bardziej: głównie dla młodszej młodzieży - dla podrostków, które już się dziećmi za bardzo nie czują, już czują swoje "poważne -naście lat". ;) Tym niemniej przynajmniej z tej akurat książki także i starsi - zwłaszcza gdy wbrew ciału czują się młodo ;) - mogą mieć wiele przyjemności. Chyba tylko skończony "mugol" jej nie doceni.
Bardzo ciekawy byłem jak Wanda Chotomska podeszła do tak... poważnej sprawy, jak legendy. Najprościej opowiedzieć je tak po prostu, jak zawsze były opowiadane. Ale... jakaż to sztuka? Legendy... One są dla mnie pewną "świętością", "relikwią kulturową"... Jednak nie są dla mnie nienaruszalne. Owszem, sam z nimi eksperymentuję, dopowiadam coś, coś zmieniam - przetwarzam. To odwieczne, niepisane prawo opowiadaczy, żywa kultura słowa. Spodziewałem się więc i oczekiwałem czegoś innego, szczególnego. No i faktycznie. Opowiedziane są inaczej - bardzo inaczej! Autorka napisała: "Legendy, które znajdziecie Państwo w tej książce, opowiedziała mi kiedyś moja babcia. A teraz, po latach, ja opowiadam je Wam, Moim Czytelnikom." Aha! Albo szanowna babcia autorki miała niesamowity odlot literacki, albo autorka... mija się z prawdą. ;)
To poważny zarzut, ale... legendy w tym wydaniu tak bardzo odbiegają od tradycji, że trudno mi uwierzyć, by były bliskie temu, co opowiadała autorce babka, nawet z ogromną fantazją. W każdej opowieści widać bardzo... Wandę Chotomską. Jeśli ktoś oczekuje klasyki, to może się zawieść. Jeśli ktoś oczekuje dobrego bajarstwa - będzie w "siódmym niebie". A my z przyjaciółmi kochamy tradycje, ale kochamy też żywe jej owoce, w tym świetne bajarstwo - czasem snucie zupełnie nowych opowieści opartych ledwie palcami gdzieś na starych tradycjach. I dokładnie to znalazłem w tej książce. Czytając, krążę z nią w rękach gdzieś w obłokach zachwytu.
Wanda Chotomska pisała dla dzieci i "młodszej młodzieży". Jednak chyba jednak to dojrzały czytelnik w pełni może dostrzec i docenić to, co autorka zrobiła - znając tradycję, dostrzec w tych opowieściach autora i jego fantazje. Odkrywam Chotomską na nowo i na nowo mnie w sobie rozkochuje - właśnie tym, że burzy i zupełnie przebudowuje to, co jest mi tak drogie. Doskonale się bawię czytając, gdyż ona doskonale się bawiła pisząc. I razem przeżywamy ten niesamowity odlot!
Tradycja jest piękna - i powinna być zachowywana, ale nie powinna być też skostniała, nie powinna być tylko "muzeum" z napisem: "nie ruszać eksponatów". ;) Vivat więc Chotomska i inni wariaci! :)
Tradycja jest piękna - i powinna być zachowywana, ale nie powinna być też skostniała, nie powinna być tylko "muzeum" z napisem: "nie ruszać eksponatów". ;) Vivat więc Chotomska i inni wariaci! :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz