środa, 21 kwietnia 2021

Pięknie zilustrowane...

Stoi sobie u nas na ulicy pewien mebel. Bardzo szczególny mebel: Uliczna Szafa Czytelnicza. Oj, często można mnie przy niej spotkać! :) Niekiedy udaje się w niej znaleźć coś naprawdę interesującego. Ze wstydem natomiast przyznaję, że łatwiej mi z niej do domu różne rzeczy znosić, niż do niej wynosić. ;) Podejrzewam jednak, że nie ja jeden zmagam się z takim problemem. Tak samo, jak nie ja jeden nie mam za wiele książek, lecz półek mam za mało. Zwykle, gdy przeglądam książki w USC, biorę którąś, gdy pociąga mnie tytuł, tematyka, lub znam i cenię autora.

W tym wypadku było zupełnie inaczej. Tytuł i tematyka mnie zdecydowanie odpychały pomimo, że to "legendy". Nie ma co ukrywać - jestem sceptyczny wobec Kościoła katolickiego a kultowi maryjnemu - tudzież świętych, obrazów i relikwii - duchowo skrajnie przeciwny, zainteresowany co najwyżej ich wymiarem kulturowym, historycznym i... legandarno - baśniowym. Zafascynowała mnie natomiast okładka - tak, że sięgnąłem po nią i zacząłem przeglądać. A z każdą kolejną kartką, z każdym kolejnym obrazkiem, moje zafascynowanie wzrastało. Tak naprawdę same tylko ilustracje były powodem, dla których wziąłem tą książkę do domu - całą resztę ująć można było w słowa: "A się zobaczy - jakby co, to czytać przecie nie muszę." ;)

Ilustracji w niej zawarto dziesiątki - tak, że niewiele tylko stron nie zostało w żaden sposób ozdobionych. Przy współcześnie wydawanych książkach - zwłaszcza tych z baśniami i legendami, zazwyczaj adresowanych do dzieci i bardziej przypominających albumy sztuki ilustratorskiej - ta mogłaby "zginąć" ze swą skromnością. Dziesiątki ilustracji, lecz bez barw - prosta, nieco figlarna i może też komiksowa kreska... "Typowy oldskul"... I to nie czarna, a niebieska, dzięki czemu jeszcze mocnej poczułem magię sztuki obrazu. Dzisiaj tak się już książek nie ilustruje, nad czym dosyć mocno boleję, bowiem jest to forma cholernie mi bliska.
 
Wróciłem do domu i zacząłem przeglądać książkę... Tak, jestem zdecydowanie protestancki, nie katolicki, ale jednak... z dużym nabożeństwem. Bo w prawdziwej sztuce jest przecież wiele boskiego - talenty są darem od Boga a człowiek jest powołany do tego, aby nie w sobie odkrywać, rozwijać, pielęgnować i dzielić się nimi z bliźnimi. Sztuka, dostrzeganie i podziwianie piękna, jest ważnym elementem mojej religii, która wychodzi daleko poza tradycyjne ramy jej przypisywane. 
 
Przyznać się muszę... bezwstydnie - o zgrozo! ...że w tym moim na pół religijnym uniesieniu zaczęła we mnie kiełkować, wzrastać i wreszcie dojrzewać... CHOLERNA ZAZDROŚĆ! Kurcze! Jak ja bym chciał umieć rysować / malować! No, ale nie umiem... O to - muszę przyznać otwarcie - mam trochę żal do Pana Boga. Niechże mi On to w miłosierdziu swoim mi przebaczy! Nie. Nie był dla mnie skąpy - w końcu dał mi talenty, głównie do pisania...
 
Ale ja tak bardzo chciałbym umieć rysować, malować... Jeśli nie doskonale pod każdym względem, to choćby bardzo prymitywnie, ale PO SWOJEMU. Bardzo wiele by to mi ułatwiło w działaniach twórczych. No, ale nie umiem i nic się na to, niestety, nie poradzi. Ostatecznie nie można mieć w życiu wszystkiego i... potrzebujemy innych wokół siebie, by razem móc mieć wszystko, współpracować, współtworzyć, dzielić się talentami.
 
Przypomina mi się wiersz ks. Twardowskiego pt. "Sprawiedliwość": 

Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka
gdyby wszyscy byli silni jak konie
gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości
gdyby każdy miał to samo
nikt nikomu nie byłby potrzebny
Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest
nierównością
to co mam i to czego nie mam
nawet to czego nie mam komu dać
zawsze jest komuś potrzebne
(...) 
nierówni potrzebują siebie
im najłatwiej zrozumieć że każdy jest 
                                dla wszystkich
i odczytywać całość

Może gdybym miał zbyt wiele, to bym się w tym zatracił, stał się zbyt pewny siebie i może arogancki? Niedostatki także bywają nie bez przyczyny. ;)

Wróćmy jednak do książki... Dobrze się dzieje, że w obrębie religii jest, obok śmiertelnej powagi, miejsce na coś lekkiego, jak legendy i opowiastki a także zabawne rysunki. Kościół katolicki to instytucja ogromnie sztywna i skostniała - tym przyjemniejsze są takie lekkie dzieła. 
 
Patrzę na przykład na obrazek z Chrystusem Ukrzyżowanym. Jakże inaczej pokazano Golgotę i krzyż! Zaraz, zaraz... Pasja na wesoło? Bo przecież trudno się nie uśmiechnąć na widok tych pociesznych czartów! :) A przecież jednak jest to obrazek pełen treści. Chociaż te czarty są takie śmieszno - folklorystyczne, to całość do mnie mocno przemawia. Zwłaszcza urzekł mnie ów zrozpaczony czart na szczycie krzyża - bezsilny, przegrany, zrozpaczony. On wie, że właśnie przegrał - tak samo, jak pozostałe dwa czarty spadające do piekła.

Ale książka to przecież nie sama tylko szata graficzna. To przede wszystkim treść. Nie praktykując kultu maryjnego i nie wierząc w katolickie dogmaty miałem jednak nadzieję, że treść okaże się interesująca. Przede wszystkim liczyłem na tradycyjne legendy, w starym - może nieco średniowiecznym nawet - stylu. Niestety... Książka, która tak mnie ucieszyła grafiką, okazała się ZUPEŁNIE NIESTRAWNA! To nie żadne legendy, które bywają ciekawe, ale kiepska pisanina "w stylu" co prawda, ale... iście odpustowym!
 
Doczytałem ledwie do 1/3 objętości i już mnie całkowicie zemdliło od przesłodzonego nabożeństwa i steku bredni, jakie opowiada autor. Że Maryja była pierwszą stworzoną niewiastą; że Maryja prowadziła - tadaaaammm! - w niedzielę małego Jezusa na mszę do kościoła, która na jego cześć się sama odprawiała; że Maryja stworzyła słońce i księżyc, by odbijały jej chwałę i świeciły ludziom; że Maryja ocaliła ludzi, gdy Bóg chciał zniszczyć wszelkie plony... Moje "protestanckie" i wrażliwe na sztukę serce i duch wiły się dosłownie z bólu i rozpaczy. Książka napisana została pod koniec XIX wieku dla dzieci i młodzieży. Doprawdy żal mi tych młodych, którym umysły zatruwano tak kiepską i niebezpieczną duchowo literaturą.

Ilustracje są przepiękne, ale... szkoda, że tyle papieru zmarnowano na treść. To pięknie zilustrowane... gówno. :( Unikam takich wyrażeń, ale niestety nie potrafię znaleźć innego na to słowa. Odrzuciłbym tą książkę nawet będąc wiernym katolikiem, a co dopiero nim nie będąc. ;) Legendy to powinny być legendy... Baśnie to powinny być baśnie... A nie bełkot i wysyp wszystkiego, co tam autorowi się zrodzi w głowie. Nawet w baśniach i legendach musi być sens i rozsądne poukładanie.Książka pozostaje na mojej półce - WYŁĄCZNIE ZE WZGLĘDU NA RYSUNKI.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz