środa, 21 kwietnia 2021

Skarb

 Jesteśmy z przyjaciółmi bardzo WIELKOPOLSCY - co zawsze z mocą podkreślam... Chociaż w żadnym razie się do naszego regiony ściśle nie ograniczamy. Szczególna miłość do tego, co nasze, wielkopolskie jest więc zupełnie naturalna i zrozumiała. Region nasz jest niezwykle bogaty kulturowo i obfituje w wiele wspaniałych opowieści. Zbieramy je więc to tu, to tam...

Zajmuję się tym już od kilku lat. Od początku słyszałem o pewnym Niemcu, który żył tą samą pasją. Nazywał się Otto Knoop i działał na przełomie XIX i XX wieku. Chociaż miał on słowiańskie korzenie - wywodził się z okolic Słupska, ze Słowińców - to jednak jego rodzina była zniemczona i słuszne jest zapewne traktować go bardziej jako Prusaka - zwłaszcza, że był nauczycielem w pruskich szkołach, m.in od 1882 r. w gimnazjum w Gnieźnie a następnie w latach 1889 - 1919 w gimnazjum w Rogoźnie. Był etnografem - folklorystą, dla którego wzorem i autorytetem był wielki Oskar Kolberg. Badał kulturę Pomorza, gdzie się urodził i wychował oraz Wielkopolski, gdzie "rzucił go los". Pozostawił po sobie całkiem imponujący dorobek, zwłaszcza spisując legendy, baśnie i opowiastki ludowe. O tym, jak bardzo był zniemczały, świadczy fakt, że pisząc o Wielkopolsce początkowo chciał się skupić wyłącznie na żyjących tu Niemcach, ich kulturze i tradycjach. Mając jednak kontakt z polskimi uczniami zainteresował się jednak ostatecznie także polskimi przekazami. W ten sposób narodziła się książka "Sagen und Erzählungen aus der Provinz Posen" ("Legendy i opowieści z Prowincji Poznańskiej").


 
Pomimo tej pruskości Knoopa, bardzo pragnąłem móc się zapoznać z jego zapiskami. Jednak wszędzie natykałem się jedynie na niemiecki oryginał. A po niemiecku... No cóż: potrafię bardzo dobrze, ale bardzo, bardzo mało. Czułem więc narastającą frustrację i ogromny żal do naszych regionalnych wydawców i promotorów regionu. Dlaczego, do cholery, Pomorze ma polskie wydania spuścizny badawczej profesora Knoopa, a my nie? Tym bardziej to narastało, że słyszałem: nie ma w ogóle wielkopolskich zapisków Knoopa po polsku... Potem usłyszałem, że podobno jest jednak jakieś tłumaczenie w maszynopisie. Ale gdzie?

Nadszedł jednak taki dzień, gdy... jakby zaświeciło dla mnie słońce! Otóż jakiś czas temu przeglądałem zasoby cyfrowe Biblioteki Narodowej. Tam zaś, jakimś przypadkiem trafiłem na skany czasopisma geograficzno - etnograficznego "Wisła", a tam... piękne polskie tłumaczenia prac Otto Knoopa!

Trudno mi ubrać w słowa to, co poczułem w tym momencie w swoim sercu, jak bardzo byłem uszczęśliwiony... Serce dosłownie skakało i tańczyło w mojej piersi! Nawet jeśli ten Knoop tak bardzo był Prusakiem, nie czuł w sobie nic polskiego - chociaż pewnie w jakimś stopniu utożsamiał się z polskimi w końcu Słowińcami, chociaż nie dbał o polskość i wielkie polskie legendy wielkopolskiej ziemi... Pruska szkoła i pruscy nauczyciele - wiadomo, co się działo podczas zaborów! A jednak... Poczułem, że mam w ręku - czy raczej na dysku komputera - prawdziwy skarb.

Tego skarbu - zawartego w czterech kolejnych wydaniach "Wisły" - jest łącznie ok. 80 stron. Czy jest to wszystko, co Otto Knoop zebrał i spisał z obszaru Prowincji Poznańskiej? Szczerze mówiąc do tego jeszcze nie doszedłem. Najważniejsze, że JEST! :)

Piśmiennictwo Knoopa jest specyficzne. Rozczaruje się nim ktoś, kto liczy na wspaniałe baśnie i legendy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni - z całym ich bogactwem przekazu i stylu literackiego. Nie był on bowiem literatem a - jak już wspomniałem - etnografem, folklorystą. I takie właśnie było jego podejście do opowieści: nadzwyczaj surowa zazwyczaj forma, minimalizm także w ilości treści - często boleśnie aż lakoniczne. To raczej forma "klasera z opowieściami", czy też swoistego katalogu... W gruncie rzeczy jak odcisk w ziemi, którym zajmują się archeolodzy - ślad tego, co było. W dodatku jest to zbiór rozmaitości - nie tylko legend i bajań, ale także np. wzmianek o duchach czy różnych ludowych przesądach. Cudo! Ale z pewnością nie dla każdego... :)

Nie z każdej spośród notatek Knoopa jako bajarze mamy lub możemy mieć pożytek. Ale takich nie brakuje - także z Ziemi Gnieźnieńskiej. Jest więc m.in. o zielarkach z Gorzuchowa, o rybaku, który w jeziorze Bielidło wyłowił "święty krzyż", o pasterzu Witku, o królu wężów i jego skarbie, o zapadłym kościele w Głęboczku...  Opowieść o zielarkach z Gorzuchowa jest prawdziwa, lecz obrosła legendą a w miejscu ich zgładzenia rzekomo ujrzeć można zjawy. Znana jest legenda o królu wężów - chociaż mniej, niż "królewskie legendy" o Lechu i Orle Białym, czy o postrzyżynach u Piasta, które - rzecz jasna - Knoop, jako Prusek, który choćby nie chciał, to musiał się podporządkować polityce Pruskiej wobec Polaków i polskości, przemilczał. Legenda o jeziorze Bielidło - obecnie nazywanym Świętokrzyskim i o fundacji kościoła Św. Krzyża, będącego w istocie kaplicą cmentarną, nie jest znana i nawet zbiorki poświęcone legendom gnieźnieńskim jej nie zawierają. Podobnie ta o jeziorze Głęboczek, leżącym na północ od Gniezna.

Wiele u Knoopa brakuje, ale za ogrom pracy, którą wykonał, ma on mój wielki szacunek i wdzięczność. Tak samo ci, którzy jego prace przetłumaczyli i opublikowali przed "z górką" stuleciem. I wreszcie ci, którzy tomy "Wisły" wydobyli gdzieś z bibliotecznych zakamarków, wykonali ich cyfrowe kopie i je udostępnili takim, jak ja, miłośnikom książek, opowieści, wszelkich "staroci" a nade wszystko ziemi ojczystej, ludu i tradycji. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz